,,Dla mnie pozostała fiolka z kokainą”

Za oknami ponury, chłodny wieczór. Dookoła już ciemno i zapewne wiele z Was chwyta ostatnie chwile niedzielnego odpoczynku. Chciałabym odgonić na chwilę myśli o nadchodzącym poniedziałkowym wrogu i zabrać Was w małą podróż. Spakujcie najpotrzebniejsze rzeczy, bo za chwilę odjeżdża ostatni pociąg do Londynu. Zapraszam na Baker Street!

W dzisiejszym wpisie kłaniam się z szacunkiem mistrzowi w swoim fachu, jak i osobie, która nieświadomie przyczyniła się dziedzinie, z którą teoretycznie nie miała nic wspólnego. Przyjrzyjmy się sir Arthurowi Conanowi Doyle’owi, a właściwie jego najsłynniejszym dziełom, które odmieniły oblicze światowej kultury.

Pukamy pod numer 221B. Otwiera nam szczupły, wysoki mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu. Lustruje nas wzrokiem, doskonale już wiedząc kim jesteśmy i skąd przybyliśmy. Panie i panowie, przed nami nie kto inny, a najwybitniejszy detektyw-konsultant, Sherlock Holmes.

Doyle nie spodziewał się, że jego nowele i opowiadania pokochają miliony ludzi na całym świecie. Myślę, że nikt nie obstawiłby, że wykreowana w 1888 roku postać nad-inteligentnego mężczyzny z fajką w ręku będzie budzić ogromne emocje przez następny wiek, a nawet teraz, w 2017 roku. Fenomen Sherlocka Holmesa jest zdecydowanie uzasadniony. Kim więc jest uzależniony od narkotyków, ekscentryczny mistrz dedukcji?

Mężczyzna w średnim wieku, geniusz, socjopata popadający w stany depresji. Ciągle przeprowadza chemiczne eksperymenty, ma w małym palcu chyba wszystkie rodzaje tytoniu świata. Świetnie gra na skrzypcach. Jest wspaniałym aktorem, fenomenalnie się przebiera i wciela w wymyślone przez siebie postacie. Nad umiejętnościami i cechami najsłynniejszego detektywa świata można by było jeszcze długo się rozwodzić.

Twórczością Arthura Conana Doyle’a zainteresowałam się jakiś czas temu przez zupełny przypadek. Od dawna jestem ogromną fanką Roberta Downey’a Juniora i to właśnie dzięki niemu pierwszy raz spotkałam się z tajemniczym mężczyzną z Londynu. RDJ wcielił się w 2009 roku w rolę Sherlocka Holmesa w filmie o takim samym tytule. Adaptacja w sekundzie skradła moje serce. Klimat, humor, przygoda – nic dodać, nic ująć. Z resztą biorąc pod uwagę charyzmę i grę aktorską Roberta, to nie mogło się nie udać. Dwa lata później, w 2011 powstała druga część pt. Sherlock Holmes: Gra cieni (A Game of Shadows). Tutaj było już gorzej; ekranizacja nie umywa się do swojej poprzedniczki, ale ja kupuję wszystko, gdzie jest Downey, więc nie potrafię tego obiektywnie skrytykować. Tak czy siak, wciągnęłam się i pokochałam filmowego Sherlocka. Trzeba wspomnieć również o kreacji doktora Johna Watsona w wykonaniu Jude’a Lawa. Nie od dziś wiadomo, że panowie bardzo się polubili i świetnie bawili na planie. Ich połączenie wyjątkowo bardzo przypadło mi do gustu. Ba, wręcz pokochałam ich duet. Z daleka czuć chemię i sympatię, która między nimi się wytworzyła. Nie wyobrażam sobie innych odtwórców tych ról.

Skoro mowa o ekranizacjach, nie sposób nie wspomnieć o serialu BBC Sherlock z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem. Świat szaleje i rozpływa się w zachwytach, czekając na coraz to nowsze sezony, a ja, wstyd czy nie wstyd się przyznać, nie dałam się porwać fali fascynacji i do tej pory nie widziałam ani jednego odcinka w całości. W ,,niecałości” też nie mam czym się chwalić, bo owszem, zdarzyło mi się włączyć Sherlocka, lecz jedynie dwa razy i nie mam pojęcia ani która to była seria ani jaki odcinek. Na swoje usprawiedliwienie napiszę, że nie przepadałam za głównym aktorem przez to, że dawniej bliska mi osoba go wielbiła i złapałam nieuzasadnioną awersję. Drugim powodem niewątpliwie jest fakt, że wtedy ten temat mnie nie interesował, bo, tak jak pisałam, Holmes pojawił się w moim życiu niedawno. Mam zamiar usiąść i obejrzeć wszystkie odcinki, ale dopiero, gdy skończę swoją przygodę z czytaniem.

Pozostając w tematyce adaptacji, trzeba podkreślić, że przez ponad sto lat powstał ich ogrom. Mamy mnóstwo filmów i seriali, jak np. Elementary, emitowany od 2012 roku czy Pies Baskerville’ów z 2000 roku. Między 1900 a 1903 powstał najstarszy znany film o londyńskim detektywie; czarno-biały niemy krotkometrażowiec pt. Sherlock Holmes Baffled (Sherlock Holmes zaskoczony) liczący jedynie 30 sekund.

Po seansie z RDJ zaczęłam dużo czytać na temat opowiadań o Holmesie. Przeczytałam wzdłuż i wszerz biografię autora i wszystkie informacje na temat jego dzieł. W telewizji natknęłam się na film dokumentalny pt. Prawdziwy Sherlock Holmes, gdzie pokazany jest geniusz i kreatywność Doyle’a. Byłam naprawdę zaskoczona i oczarowana wieloma faktami. Ilu z nas wie, że ten brytyjski autor nie jest tylko świetnym pisarzem, ale i twórcą światowej kryminologii?

Arthur Conan Doyle pisał o rzeczach, które ówczesnej policji jeszcze nawet się nie śniły. W swoich dziełach zawarł rozwiązania i dziedziny kilka lub kilkanaście lat przed tym zanim w ogóle powstały i ktokolwiek zaczął ich używać. Opisywane w opowiadaniach metody Sherlocka były abstrakcją dla ówczesnego społeczeństwa, tym bardziej, że jeszcze nie istniała jako taka kryminologia. Grafologia, szukanie i zbieranie śladów – to tylko wierzchołek góry lodowej geniuszu pisarza. Detektywi i kryminologowie nie ukrywają, że do dziś korzystają z książek o Holmesie, jego dedukcyjnego myślenia i podstępów.

Od momentu obejrzenia filmów z Robertem Downey’em Juniorem marzyła mi się Księga wszystkich dokonań, czyli zbiór wszystkich nowel i opowiadań o Sherlocku Holmesie. Z okładki dowiadujemy się, że jest to pierwsze polskie wydanie, które zawiera komplikację dzieł o słynnym detektywie. Powstało w 2011 roku, później było kilkukrotnie wznawiane, m.in. w 2014 i właśnie taka edycja trafiła do mnie wraz z Trzecią księgą snów 8 marca w Dzień Kobiet. Książka liczy 1119 stron. Na razie dotarłam do około pięćsetnej, zostawiając w tyle Studium w szkarłacieZnak czterechPrzygody Sherlock Holmesa i Dzienniki Sherlocka Holmesa. Właśnie zaczynam Powrót Sherlocka Holmesa.

Ogromna, gruba księga, która niejednego przestraszyłaby swoimi gabarytami. Mimo jej nieporęczności (nie ma co ukrywać, nie wrzucimy jej w torebkę lub plecak i nie poczytamy w tramwaju), nie można przyczepić się do jej wymiarów. Pomysł połączenia wszystkich utworów o Sherlocku w jedną książkę jest fenomenalny, a zmniejszenie jej wielkości byłoby niemożliwe, bo albo odbiłoby się to znacznie na jej grubości i najzwyczajniej w świecie nie byłoby możliwości jej sklejenia lub czcionka byłaby tak mała, że czytalibyśmy ją z lupą. 

Na początku wita nas twarda, granatowo-czerwona okładka. O gustach się nie dyskutuje, mnie subiektywnie nie porywa i uważam, że można było wybrać lepsze kolory i grafiki. To jednak w żadnym stopniu nie deprecjonuje pozycji i jej wygląd mimo wszystko wpisuje się w klimat treści.

W środku widzimy genialnie dobrany papier i czcionkę, mającą emitować pismo maszynowe. Nie dość, że dzięki fakturze i kolorze stron tekst dobrze się czyta, to mamy wrażenie, że trzymamy w rękach autentyczne maszynopisy, będące świadkami opisywanych czasów. Prosto, ładnie i przyjemnie. Jedynym zastrzeżeniem mogłyby być cienkie kartki, przez które mocno przebiją litery, ale drodzy państwo coś za coś – dzięki temu książka jest zaskakująco lekka.

Nie można zaprzeczyć, że przez wielkość stron i co za tym idzie, dużą ilość wierszy, wzrok się trochę męczy i człowiek czuje się znużony. Myślę jednak, że to mała wada, na którą każdy sherloholik przymknie oko.

Co do treści, moim zdaniem zdecydowanie warto sięgnąć po dzieła Doyle’a i samemu się przekonać na czym polega fascynacja Holmesem. Dobrze jest zapoznać się z oryginałem, porównać go z różnymi adaptacjami i wyrobić sobie własne zdanie na ten temat. Muszę mimo wszystko szczerze przyznać, że autor bywa nużący i przewidywalny. Opowiadania budowane są schematycznie i momentami nie zaskakują. Ku naszemu jakże wielkiemu zaskoczeniu każdą historię rozpoczyna nadejście niespodziewanego gościa, którego na dodatek detektyw często zapowiada słowami: „Watsonie, za chwilę dowiemy się wszystkiego, ponieważ jak słyszę, nasz klient właśnie się pojawił” lub podobnym stwierdzeniem. Na szczęście od czasu do czasu trafiamy na inne rozpoczęcia historii i możemy się, kolokwialnie mówiąc, rozerwać. Dodatkowo czytelnik Doyle’a musi przygotować się na obszerne wstępy zanim dwójka przyjaciół z Baker Street zacznie działać – w końcu każda zbłąkana dusza musi podzielić się całą historią swojego życia, przez co ma się wrażenie, że jeszcze chwila i dowiemy się jak nazywał się kot siostry sprzątaczki wujka klienta. W czasie lektury pojawia się mimowolne pytanie „ale po co o tym mówi i jaki to ma związek ze sprawą?”, nie wiem czy spowodowane nieznajomością tamtych czasów, niewiedzą na temat działalności detektywów czy po prostu charakterystyczną, spowiedziową manierą Arthura Conana Doyle’a.

Podsumowując, dzieła o Sherlocku Holmesie są ciekawe, wciągające i warte polecenia. Uważam, że każdy powinien chociaż raz po nie sięgnąć, tym bardziej, gdy wokół panuje moda na detektywa z Baker Street. Małe wady, o których wspominałam w notce da się bez problemu przełknąć i cieszyć się tą wspaniałą lekturą. Niżej zamieszczam kilka zdjęć Księgi wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa. Znajdziecie tam m.in. polskie smaczki, które do tej pory znalazłam :)

A Wy czytaliście którąś nowelę lub opowiadanie spod numeru 221B? Jakie macie wrażenia?

Zakończenie Trylogii Snów

Drogie śniące i śniący…

Nie przez przypadek witam się z Wami w ten sposób. Wracam na bloga z kolejną notką związaną z Silver, czyli tajemniczą Trylogią Snów. Jest to drugi wpis, gdzie wychylam się zza opowiadań, by w pierwszej osobie podzielić się tutaj swoimi spostrzeżeniami. Obydwa dotyczą w całości sennego cyklu, aczkolwiek mam nadzieję, że w przyszłości pojawią się tutaj opisy innych książek.
Jak już wspomniałam, jakiś czas temu stworzyłam tutaj subiektywną recenzję dwóch pierwszych części trylogii Kerstin Gier. W grudniu natknęłam się w księgarni na Pierwszą księgę snów, która od razu przyciągnęła mój wzrok. Ciekawa, ładna okładka, nawiązania do marzeń sennych, tajemniczy opis fabuły – od razu wiedziałam, że muszę mieć tę książkę. Zakochałam się bez pamięci i z niecierpliwością czekałam 3 miesiące na polską premierę ostatniej części Silver.
Czas minął zaskakująco szybko i nim się obejrzałam, a piękna, czerwona książka znalazła się w moich rękach. 1 marca pozycja miała wejść do księgarni, ale nie było mi dane zobaczyć jej w pierwszym tygodniu miesiąca na sklepowych półkach. Zostałam za to zaskoczona 8 marca, kiedy to w ramach prezentu na Dzień Kobiet dostałam od taty dwie książki i słodycze. Z jednej z nich spoglądała na mnie charakterystyczna srebrna jaszczurka. Radości nie było końca i od razu wzięłam się za lekturę.
Nie mam zamiaru spoilerować, więc osoby zainteresowane mogą bez obaw zapoznać się z tą notką.
Jako studentka filologii polskiej, w dodatku na specjalizacji edytorskiej, nie mogę nie zwrócić uwagi na szatę graficzną i inne techniczne aspekty wydania. Pisałam o tym w poprzedniej notce, ale z chęcią się powtórzę. Jestem zachwycona wyglądem całej trylogii i uważam, że ktoś mocno postarał się przy jej wykonaniu. Każda z książek ma pięknie zaprojektowaną okładkę, które różnią się między sobą kolorami i detalami w ozdobnych motywach. W środku znajdziemy przeplatające się przez poniektóre strony urocze wzory, które utrzymują klimatyczną, magiczną atmosferę. Rozdziały nie są tytułowane, co pozwala nie zdradzać na starcie przyszłych wydarzeń i nadaje jeszcze większej tajemniczości.
Dobrze dobrana czcionka, dużo światła na stronach, nieduże kolumny, odpowiedni rodzaj papieru – jako edytorka muszę zwrócić na to uwagę i pochwalić wydawców. Książkę czyta się szybko, sprawnie i przede wszystkim przyjemnie. Śledzenie kolejnych wierszy nie męczy wzroku, pozwalając w stu procentach oddać się fabule. Trzecią księgę pochłonęłam w jeden dzień.
Kerstin Gier kieruje swój cykl do młodych odbiorców. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie przez główną bohaterkę, szesnastoletnią Liv Silver. Co za tym idzie, tekst stylizowany jest na wzór luźnych przemyśleń i opowiadań. Język jest jasny, prosty, zahaczający często o kolokwializmy. Na każdym rogu czai się ironia i humor. Książka nie jest wymagająca i łatwo się ją przyswaja. Pozwala się zrelaksować.
Sposób pisania całej Trylogii Snów sprawia, że szybko wchodzimy w stworzony przez autorkę świat. Czujemy się świadkiem lub nawet uczestnikiem wydarzeń. Widzimy myśli Liv, co czuje, co ją trapi, a co cieszy. Forma narracji i języka pozwala na realizm. Nie jesteśmy karmieni sztucznymi pięknie zbudowanymi, złożonymi zdaniami, ale naturalnymi, prawdziwymi dyskusjami i refleksjami.
Historia trylogii toczy się niezmiennie na dwóch płaszczyznach – w codziennej sferze rodzinnej i magicznej aurze snów. Można je również rozdzielić na płaszczyznę dnia i nocy. W obu przypadkach pisarka wyczarowała niesamowity klimat. Czytając o perypetiach między członkami rodziny ma się wrażenie, że siedzi się tuż obok nich przy stole. Przez okna zagląda wiosenne słońce, a dookoła unosi się zapach świeżych wypieków i gorącej herbaty. Czuje się namacalne ciepło, miłość, nawet gdy bohaterowie są w trakcie docinek i sprzeczek. Nadejście nocy wiąże się z kolei z bajkowymi obrazami i tajemniczymi przygodami.
Dzieło niemieckiej pisarki wciąga i pozwala zapomnieć o otaczającym nas świecie. Uważam, że warto sięgnąć po Trylogię Snów Kerstin Gier i samemu poświęcić jej trochę czasu. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie – zaczynając od elementów fantasy, magii, sekretów, przez pełne sarkazmu i poczucia humoru rozmowy i codzienne sytuacje, kończąc na rodzinnych relacjach.

 

 

 

Droga do gwiazd

cz. 3

Ze snu wyrwał ją dźwięk budzika. Po omacku sięgnęła pod poduszkę w poszukiwaniu telefonu. Otworzyła niewyspane oczy i jęknęła, wyłączając alarm. Przekręciła się leniwie na plecy i wbiła wzrok w biały sufit. Jak dobrze, że dzisiaj mam wolne, pomyślała. Cztery ostatnie dni spędziła na uczelni i o niczym innym teraz tak nie marzyła, jak o odpoczynku. Uśmiechnęła się pod nosem, uświadamiając sobie, że nie musi się nigdzie szykować i spieszyć. Przeciągnęła się i powoli usiadła na łóżku. To będzie piękny, zmarnowany do granic możliwości na nicnierobieniu dzień, przeleciało jej przez głowę.. Odgarnęła dłonią roztrzepane blond włosy i niezgrabnie zsunęła się na podłogę. Złapała jasnoszary, puchaty szlafrok i otuliła nim ciało. Uwielbiała gadżety rodem z pokoju słodkiej amerykańskiej nastolatki, a w tym z kapturem i przyszytymi do niego uszami myszy zakochała się od pierwszego wejrzenia. Poszła do łazienki, by umyć twarz i związać włosy w niechlujny kucyk. Po kilku minutach siedziała na kanapie z kubkiem gorącej, malinowej herbaty. Delektując się chwilą, podkuliła nogi pod brodę, gdy w sypialni rozległ się dzwonek telefonu. No nie, pomyślała i odstawiła napój na brązowy stolik. Niechętnie wróciła do drugiego pokoju.

- Halo? – Rzuciła do komórki, kiedy wreszcie znalazła ją wśród fioletowej pościeli.

- Musisz koniecznie włączyć telewizor! Właśnie się okazało, że Twój wywiad z Nathanem pójdzie dzisiaj.

- Lena? – Mruknęła, odstawiając telefon od ucha. Spojrzała na ekran. Tak, to ona. W sumie nikt inny nie dzwoni do niej tak wcześnie. – Już wszystko obrobili i poskładali?

- Program zaczynamy 10:15, nagranie wchodzi koło 11:00, więc pilot w dłoń i podziwiaj efekty swojej pracy. Szef jest zachwycony! Właśnie takie wywiady ludzie lubią najbardziej. – Emocjonowała się koleżanka.

- Takie, czyli jakie? – Roksana wróciła do pokoju i usiadła ponownie na kanapie. Spojrzała na zegar, wiszący na ścianie. 10:07.

- Znakomite. – Świergotała zadowolona Lena. – Wszyscy pochłoną obrazek wielkiej gwiazdy, która żartuje, wygłupia się i dobrze mówi o naszym kraju.

- No w sumie masz rację. – Zachichotała i pociągnęła łyk ciepłej herbaty. – W takim razie biorę się za oglądanie. Chociaż nie wiem czy chcę to widzieć…

- Nawet tak nie żartuj! Cała redakcja jest oczarowana. Złapałaś z Nathanem świetny kontakt, rozmowa była naturalna i niewymuszona. Taka jakaś chemia.

Nie wiedziała czemu wzdrygnęła się na sam dźwięk słowa „chemia”.

- Eh, skoro tak mówisz. Mam nadzieję, że masz rację. Dzięki bardzo.

- Nie ma za co! Trzymaj się, pa pa.

- No na razie, kochana. – Roksana odłożyła komórkę na bok i sięgnęła po pilota. Włączyła telewizor i ustawiła odpowiedni program. Zdenerwowana postanowiła szybko zadzwonić do rodziców.

- Halo?

- Roksana? Cześć, dziecko! Wszystko w porządku? Co słychać? – Szczebiotała zadowolona mama. Jej ciepły głos zawsze dodawał jej otuchy.

- Hej mamo. Chciałam tylko Wam powiedzieć, że dzisiaj będzie w telewizji mój wywiad. – Wbiła wzrok w ekran przed sobą, by nie przegapić rozpoczęcia materiałów. Czuła się coraz bardziej spięta.

- Naprawdę? Fantastycznie! Już wołam ojca i oglądamy! – Rozradowana kobieta rozłączyła się bez pożegnania. Roksana przyglądała się chwilę komórce, po czym potrząsnęła głową i odłożyła ją stolik. Cała mama, pomyślała. Jak zawsze w gorącej wodzie kąpana.

Nagle usłyszała znajomy dźwięk czołówki programu. Poczuła ucisk w żołądku. Złapała kubek z chłodną już herbatą, podciągnęła nogi i z niecierpliwością wyczekiwała na swoją rozmowę.

Po kilkunastu minutach było po wszystkim. Materiał z Nathanem Rayanem został puszczony w pierwszej godzinie audycji. Świetnie zmontowany, treściwy, zabawny. Odetchnęła z ulgą i wyciągnęła się leniwie na kanapie. W końcu mogła się zrelaksować.

Była z siebie dumna. Po raz pierwszy czuła ogromną satysfakcję i zadowolenie. Mruknęła cicho, przymykając powieki.

Z rozmyślań wyrwał ją sygnał wiadomości. Wyciągnęła rękę po telefon.

„Byłaś wspaniała! Jesteśmy z Ciebie dumni. Buziaki, rodzice”.

Przycisnęła komórkę do piersi i uśmiechnęła się szeroko. Ogarnęła ją ciepła, przyjemna fala radości. Była naprawdę szczęśliwa. Wystukała szybko w odpowiedzi podziękowania i ponownie się położyła. Nie pamiętała kiedy miała tak dobry humor.

Robiło się już późno, więc postanowiła wreszcie się przebrać. Wyniosła pusty kubek do kuchni i poszła do sypialni. Pościeliła łóżko i zrzuciła z siebie miękki szlafrok. Otworzyła szafę w poszukiwaniu ulubionych, szarych dresów i koszulki z żółtym kotem. Gdy skończyła się ubierać, w drugim pokoju rozległ się dźwięk dzwoniącego telefonu.

Kto tym razem, przeleciało jej przez głowę. Wróciła pospiesznie do salonu.

- Lena? – Rzuciła do siebie, odbierając połączenie. – Witam panią ponownie. Co tam?

- Chciałam pani pogratulować świetnej roboty, pani Jabłońska. – Zachichotała koleżanka. – Naprawdę wyszło fantastycznie.

- Dzięki. Miło mi, że tak mówisz. – Uśmiechnęła się.

- A teraz lepiej usiądź, bo mam dla Ciebie wiadomość-petardę. Jesteś gotowa?

Poczuła lekki niepokój. Opadła powoli na kanapę.

- Mam się bać? – Zaczęła niepewnie Roksana.

- Wręcz przeciwnie. Chociaż… – Mruknęła Lena, po czym głośno się zaśmiała.

- No mów, bo umieram z ciekawości!

***

Droga do gwiazd

cz.2

Aktor uścisnął lekko jej dłoń i rzeczowo skinął głową. W pomieszczeniu zapanowała profesjonalna cisza. Trzy kamery wycelowane były wprost na nich, śledząc każdy ich gest. Nathan uśmiechnął się szeroko i szybko zlustrował ją wzrokiem.

- Good morning, my lady. Everything is fine, and you, Mrs. …?

- Roksana. Roksana Jabłońska. I’m okay, thank you, Mr. Nathan. Welcome in Poland. – Poziom stresu osiągnął apogeum, wylewając na twarz dziennikarki różowy rumieniec. Całe szczęście, że mam na sobie nowy podkład, przeleciało jej przez głowę.

- Beautiful name. – Mężczyzna skrzyżował ramiona na piersi. W rzeczywistości robił jeszcze większe wrażenie, niż na ekranie. Przenikliwe spojrzenie i rozbawione iskierki tańczące w brązowych oczach. Do tego idealnie przycięty zarost, pozorny nieład na głowie i głęboki, męski głos. Nic dziwnego, że kocha go połowa globu. Z zdecydowanym naciskiem na jego żeńską część.

- Thank you, Mr. Rayan…

- Nathan. Please call me Nathan. Don’t call me „Mr.”, it makes me feel old. – Zrobił przesadnie poważną minę. – Though’s probably too late…

Aktor głośno się roześmiał. Nie mogła do niego nie dołączyć. Jego dobry humor i nieprzerywalna chęć żartów była niesamowicie zaraźliwa. Poza tym zabawnie słyszeć takie słowa od mężczyzny starszego od niej o 22 lata.

- You’re definitely exaggerating. – Rzuciła wesoło, po czym wskazała ręką na dwa krzesła stojące za nimi. – Please, sit down. How was your trip?

Oboje usiedli wygodnie naprzeciwko siebie, przechodząc powoli do zaplanowanego wywiadu. Wyprostowała się i założyła nogę na nogę. Położyła na kolanach notatki.

- Fine, thanks. But I didn’t know, that Poland is on the other end of the earth. – Ponownie wybuchnął śmiechem. Roksana odetchnęła z ulgą. Stres gdzieś uleciał, a ona poczuła się zdecydowanie pewniej i swobodniej.

- But you had previously contact with our country?

- Yes, of course. In America is a lot Polish people. I worked with many, it was a great collaboration. I mentioned it was nice. – Nathan pokiwał głową, przyglądając się jej uważnie.

- At the last film you collaborated with the Polish director. – Zaczęła.

- Yes. We had two directors, one was Jan. Jan Romański is a great guy, very ambitious, creative and hard-working. During filming Jan celebrated his birthday. We ordered a lot of Polish food. He was very surprised. And it was the first time I have eaten Polish bigos. – Jego oczy migotały zadowolone. Biła od niego pozytywna energia, która sprawiała, że nie dało się go nie lubić. Wieczny mały chłopiec w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

- And have you enjoyed? – Dała się wkręcić w jego półżartobliwą, półpoważną rozmowę.

- Can we talk about something else? – Mężczyzna udał, że odchrząknął i znowu się zaśmiał.

- Oo, I see. – Zachichotała. – Okay, Nathan. We mentioned about your latest film. In „Black in head” you play carefree, a little playful lawyer. You’re a millionaire, whose women love. Can anyone say that, the character is a bit like you?

- No, no. Absolutely no. – Przyjął kamienny wyraz twarzy, po czym znowu się roześmiał. – But seriously, Adam which I play in the film is an unusual lawyer. He anyway is very intelligent and solves difficult cases. I think I am not able to do this.

- The film presents the difficult relationship of mother and son. Is it true that two people of different sexes have problem with communicate? – Roksana spoważniała, dostosowując się do zmiany charakteru rozmowy.

- I think it’s mainly a question of character. This story shows two strong and stubborn personality. I think that’s the reason of all skirmishes between Adam and his mother. – Aktor złożył ręce w charakterystyczną piramidkę i przechylił lekko głowę. Niesamowite jak ten człowiek potrafił być jednocześnie tak elokwentny i wyluzowany.

- What role do you like the most? Do you have same sentimental feelings for one of all? – Zerknęła w dół na podkładkę z pytaniami.

- Every role is a challenge. For each of them we need to be prepared. The actor must empathize with the character. It’s very hard. We spend with our role many months, so we get used, we reconciles with it. To each my role I feel some sentimental.

- And the last question. What do you like in Poland? – Dziennikarka uśmiechnęła się lekko, przejeżdżając dłonią po białych kartkach.

- Women. – Wycedził pewnie i tradycyjnie krótko się zaśmiał. – Now I know why everyone says that in Poland are the most beautiful women in the world. And Polish people are kind and honest. You’re really talented country.

- It’s nice. Thank you very much. – Skinęła głową.

- Thanks. – Podniósł się powoli z krzesła, poprawiając marynarkę. Przez pomieszczenie przeszedł szmer zadowolonych szeptów. Kamery zostały wyłączone.

Roksana wstała i poprawiła włosy. Poczuła, że schodzą z niej wszystkie emocje. Westchnęła cicho i odłożyła szybko notatki. Zbliżyła się do gościa.

- Thank you again for the interview. It was extremely nice to meet you. – Podała mu dłoń i posłała nieśmiały uśmiech.

- It’s my pleasure. – Pochylił się i uścisnął jej rękę. Nadal nie mogła uwierzyć, że stoi tuż obok Nathana Rayana. Po jej plecach przebiegł dreszcz. – How long do you work here?

- Five months.

- Well, well. Only five months and you already have in your account conversation with such a big star like me? – Rzucił jej nonszalanckie spojrzenie, w którym widać było rozbawienie.

- Apparently I’m great. – Odrzuciła znacząco włosy do tyłu. Oboje zaśmiali się i powoli skierowali się ku wyjściu. – I can’t believe that I met you. I’m your big fan.

- I’d be surprised if you were not. – Przełożył rękę za jej plecy, przepuszczając ją w drzwiach. Wyszli na korytarz. W pomieszczeniu za nimi ekipa żywo rozmawiała i kręciła się pomiędzy kamerami i reflektorami. Prawdopodobnie byli zadowoleni z efektów.

- I know this is unprofessional, but can I ask you for a photo?

- Of course, no problem. – Uśmiechnął się mężczyzna, idąc równym krokiem obok niej.

- I left my phone in characterization room… – Przypomniało się jej nagle. Nie wiedziała jak się teraz zachować. Zacisnęła pięści zła sama na siebie, że nie wzięła komórki do studia nagraniowego.

- I’ll wait. – Wzruszył spokojnie ramionami. – Where is…?

- Thither. – Podniosła lekko dłoń w kierunku charakteryzatorni, znajdującej się na końcu korytarza. – Our make-up artists love you so much. Before I leave, they asked me for your autograph in exchange for the coffee.

- Really? – Podniósł prawą brew. – So I really have to know them.

Po chwili stali przed pokojem, w którym niecałą godzinę temu siedziała z dwoma kobietami. To się zdziwią, pomyślała. Zapukała lekko palcem wskazującym i popchnęła drzwi.

- Pani Maju, pani Aniu? – Weszła ostrożnie do środka w poszukiwaniu makijażystek. Przy oknie stały pogrążone w rozmowie koleżanki.

- Roksana! Już po? Jak było? – Podbiegły do niej podekscytowane jak małe dziewczynki. – Mów, opowiadaj!

Zdziwiona brakiem pisków radości obejrzała się przez ramię. Pusto. Charakteryzatorki złapały ją z dwóch stron pod ramię i nie dawały za wygraną.

- Jak Ci poszło? Na żywo też jest taki przystojny? No, czemu nic nie mówisz!

- Bo mi nie dajecie dojść do słowa. – Zachichotała blondynka, uwalniając się z ich objęć. Podeszła do stolika, na którym zostawiła torebkę. Szybkim ruchem wyciągnęła telefon i odwróciła się do umierających z ciekawości kobiet. – Było bardzo dobrze, ale chciałabym teraz Wam kogoś przedstawić. Nathan?

Charakteryzatorki jak na komendę obróciły się w kierunku drzwi. Zza ściany jak gdyby nigdy nic wyszedł Nathan. Ten Nathan. Bożyszcze połowy kobiet na świecie. Uśmiechnął się szeroko i zrobił kilka kroków do przodu. Trzeba przyznać, że prezentował się naprawdę fenomenalnie.

- Good morning. – Pomachał. Anna i Maja zbledły z zaskoczenia. Roksana po raz pierwszy widziała je w sytuacji, gdy nie wiedzą co powiedzieć. Zwykle bez przerwy szczebiotały i nie dało się ich przegadać.

- Our ladies are probably in shock, but I’m sure they would like to ask you for a photo. – Blondynka położyła dłonie na ramionach zbitych z pantałyku kobiet. – I’ll make you a picture, okay?

Popchnęła delikatnie makijażystki, które chyba dopiero teraz zrozumiały co się dzieje.

- Eee… Yy… Yes, yes. – Mruknęły zakłopotane. Nathan zbliżył się do nich.

- In that case smile, ladies! – Zawołał wesoło, obejmując obie w pasie. Roksana uruchomiła aparat w komórce i zrobiła dwa zdjęcia. Koleżanki podziękowały mężczyźnie tyle, na ile potrafiły po angielsku, a ten zadał im kilka pytań. Młoda kobieta musiała na chwilę stać się tłumaczem i pomóc w tej krótkiej wymianie zdań. To miłe, że taka gwiazda potrafi na chwilę z kimś stanąć i porozmawiać o pracy czy zainteresowaniach. Po kilku minutach dziennikarka z aktorem wyszli na korytarz.

- Thanks. I know it’s a beautiful moment for them.

- You’re welcome. It’s nice women. – Pokiwał głową. – For sure it’s great to work with them.

- Yeah, you’re right. – Odgarnęła kosmyk włosów z twarzy.

- And what about our picture? – Aktor wskazał palcem na telefon, który trzymała. Uśmiechnął się do niej i odchylił głowę do tyłu.

- If I could ask. – Podniosła komórkę i uruchomiła ponownie aparat. Włączyła przednią kamerę i stanęli obok siebie. Zrobili trzy zdjęcia, po czym Roksana po raz kolejny podziękowała za wszystko i odprowadziła gościa do windy. Kiedy metalowe drzwi się zasunęły wypuściła głośno powietrze z płuc i oparła się o ścianę. Czy naprawdę przed chwilą rozmawiała z Nathanem Rayanem?

***

Droga do gwiazd

cz. 1

Wrzuciła czerwony notes do torebki i chwyciła z biurka pęk kluczy. Ruszyła w kierunku drzwi, po drodze przeglądając się przelotnie w lustrze. Ostatnia godzina spędzona na przygotowaniach opłaciła się. Wyprostowała długie, blond włosy, włożyła ołówkową, szarą spódnicę nad kolano, zrobiła pełny makijaż. Narzuciła na siebie skórzaną kurtkę, dodała wysokie szpilki i pospiesznie wyszła z domu. Miała nadzieję, że nie utknie dzisiaj w korku. Nie mogła się spóźnić do redakcji, gdy czekało na nią tak ważne zadanie. O 11:00 miała umówiony w studiu wywiad z Nathanem Rayanem. Z tym Nathanem Rayanem. Najpopularniejszy amerykański aktor przyjechał do Polski i to właśnie ona jako jedyna ma przeprowadzić z nim rozmowę. Na samą myśl ścisnęło ją w żołądku. Była zdenerwowana i jednocześnie podekscytowana. Szła żwawym krokiem w kierunku przystanku ciągle powtarzając w głowie ustalone wcześniej pytania. Kiedy wreszcie dotarła na miejsce, zadzwonił jej telefon.

- Roksana Jabłońska, słucham?
- Cześć, za ile mniej więcej będziesz u nas? – Uśmiechnęła się na znajomy głos koleżanki z pracy.
- Hej, Lena. Właśnie czekam na autobus. – Wygładziła nerwowo materiał spódniczki. – Powinnam być za 40 minut. Coś się stało?
- Nie, nie, wszystko w porządku. Dostałam informację, że Nathan jest już na lotnisku. Jak tam, gotowa na spotkanie z naszą gwiazdą?
- Daj spokój, strasznie się denerwuję… Aż mi się ręce trzęsą na samą myśl.
- Bez obaw, będzie dobrze! Czekamy na Ciebie w biurze. Do zobaczenia!
- No pa, kochana… – Rozłączyła się i wsunęła komórkę do torebki. Rozejrzała się, z ulgą wypuszczając powietrze z płuc na widok nadjeżdżającego autobusu. Coraz bardziej zestresowana weszła do środka i zajęła wolne miejsce przy oknie. Wpatrując się jakiś czas w mijane budynki, postanowiła się uspokoić i posłuchać muzyki. Skupiła uwagę na rozplątywaniu niechlujnie zwiniętych kabelków białych słuchawek. Kilka minut później w jej uszach rozbrzmiewały znajome, rockowe dźwięki, a mięśnie się rozluźniły. Straciła poczucie rzeczywistości i w ostatniej chwili zorientowała się, że znajduje się już na przystanku tuż obok redakcji telewizyjnej. Stanęła przed budynkiem, uniosła wzrok w niebo i głośno westchnęła. Czas wejść w rolę profesjonalnej dziennikarki, która za godzinę spotka się ze światową gwiazdą zarabiającą miliony. Jak to w ogóle możliwe?
Zwykła dziewczyna z małej miejscowości, na dodatek w trakcie studiów. Ma 23 lata, dopiero wynajęła mieszkanie w Warszawie i niedawno zatrudniono ją w dużej stacji telewizyjnej. Dobrze radziła sobie na uczelni, była ambitna i pracowita, co zaowocowało przyjęciem jej na okres próbny. Sprawdzała się i wiedziała o tym. Znała swoją wartość i czuła się spełniona. Zlecano jej coraz poważniejsze zadania i darzono ją zaufaniem. Aż nadszedł ten wielki dzień, kiedy wybrano właśnie ją, by porozmawiała z jednym z najbardziej wpływowych ludzi na świecie.
Odrzuciła włosy na plecy i ruszyła w kierunku wejścia. Przy recepcji powitał ją ciepły uśmiech dwóch ochroniarzy i nowej sekretarki. Skinęła im uprzejmie głową i podeszła do windy. Wcisnęła numer piętra i wyjęła z torebki zeszyt z pytaniami. Zaczęła kartkować strony, by niczego nie zapomnieć i jak najlepiej wypaść.
- Będzie dobrze, będzie dobrze… – Mruknęła pod nosem, zaciskając mocniej palce na notesie. Przewróciła niebieskimi oczami i zaczęła liczyć w myślach do dziesięciu. Gdy skończyła, metalowe drzwi odsunęły się, ukazując widok na znajomy korytarz. Wsunęła notatki z powrotem do czarnej listonoszki i udała się do charakteryzatorni.
- Dzień dobry, pani Jabłońska! – Poderwała się z krzesła starsza brunetka. W ślad za nią podniosła się atrakcyjna kobieta w czerwonej sukience.
- Dzień dobry, drogie panie. – Roksana uśmiechnęła się szeroko do makijażystek i rzuciła torbę na biały stolik w rogu. – Co słychać?
- Cała redakcja żyje tylko dzisiejszym wywiadem. Ciekawe czy ten cały Nathan jest taki przystojny na żywo. – Mrugnęła żartobliwie okiem pierwsza. Druga uderzyła ją delikatnie łokciem w brzuch.
- Chciałabyś pewnie sama to sprawdzić! – Zaśmiały się wesoło, siadając znowu na wysokich krzesłach. Roksana odwiesiła kurtkę na wieszak i dołączyła do nich. Oparła głowę o dłonie i westchnęła.
- Bardzo się denerwuję. – Skrzywiła się. – Nie chciałabym wyjść na idiotkę.
- Spokojnie, jestem pewna, że będzie pani świetna. – Brunetka położyła jej dłoń na ramieniu. – Majka, zrób pani Jabłońskiej mocną kawę. Przyda się jej solidny kopniak.
- Jasne. – Kobieta w sukience uśmiechnęła się i ruszyła wykonać prośbę koleżanki.
- Dziękuję.
- Ależ nie ma za co. Niech się pani nie denerwuje, nie ma powodu. Na pewno jest pani solidnie przygotowana. A jak fenomenalnie umalowana! Utrwalimy to cudo, dobrze? – Ciemnowłosa makijażystka złapała przezroczystą buteleczkę z płynem i nie czekając na odpowiedź, odchyliła głowę dziennikarki do tyłu i delikatnie rozpyliła zawartość na jej twarz.
W tym czasie do pomieszczenia wróciła Maja, roztaczając wokół aromat świeżo zaparzonej kawy. Postawiła beżową filiżankę obok Roksany i oparła się o ścianę.
- Dziękuję jeszcze raz. – Blondynka pociągnęła łyk gorącego napoju. – I prosiłam panie, żebyście mówiły mi po imieniu. W przeciwnym wypadku nadal będę czuła się tak staro.
- Cała przyjemność po naszej stronie. W zamian oczekujemy autografów Rayana z dedykacją dla najlepszych charakteryzatorek na świecie. – Zaśmiała się kobieta w sukience. – A co do wieku, to co my mamy w takim razie powiedzieć?!
Wszystkie trzy wybuchnęły śmiechem, czując się niesamowicie swobodnie w swoim towarzystwie. Roksana świetnie dogadywała się z każdym pracownikiem redakcji, począwszy od sprzątaczek, a kończąc na dyrektorze stacji. Roztaczała wokół siebie swoistą aurę, była wesoła i naturalna.
- W kwestii autografów, oczywiście, zobaczę co da się zrobić. – Zachichotała Roksana. Spojrzała na srebrny zegarek na ręce i wstała z krzesła. – Już późno, czas na mnie. Trzymajcie kciuki!
- Myślę, że to nie będzie potrzebne, ale będziemy trzymać. Powodzenia!
Dziennikarka podążyła długim korytarzem do studia, gdzie miała wkrótce odbyć rozmowę z Nathanem Rayanem. Po drodze napotykała na zainteresowane spojrzenia i uśmiechy pełne otuchy. Przeszył ją dreszcz, ale starała się już nie zwracać uwagi na swoje poddenerwowanie. Teraz najważniejsze jest, by dobrze wypaść.
Popchnęła duże drzwi i wślizgnęła się do środka. Oślepiło ją światło reflektorów, przed którym zasłoniła się instynktownie dłonią.
- Roksana, jesteś! – Krzyknął mężczyzna, stojący obok kamerzysty. Posłała mu nieśmiały uśmiech i pomachała do niego ręką. Oboje skinęli głową i wrócili do wspólnej rozmowy.
W pomieszczeniu kręciło się jeszcze wiele osób, które rozstawiały sprzęt i oświetlenie. Dookoła panował pracowity gwar. Stanęła i przyglądała się z zainteresowaniem ekipie.
- Moja droga. – Usłyszała męski, znajomy głos za sobą. Odwróciła się w jego kierunku. – Dobrze, że już jesteś. Zaraz rozstawimy krzesła i podepniemy Ci mikrofon. Jesteś gotowa?
- Tak, jasne. Ile mamy czasu?
- Nathan jest w drodze do redakcji. Pewnie niedługo się pojawi. – Mężczyzna objął ją ramieniem i zaprowadził do kobiety, mającej założyć jej sprzęt. – Będzie super. Powodzenia.
Roksana mruknęła pod nosem coś na kształt podziękowania i poddała się działaniom krótkowłosej blondynki. Pracownica szybkimi ruchami montowała jej mikrofon, kiedy ktoś inny właśnie ustawiał dwa czarne krzesła pośrodku studia. Na koniec uścisnęła drżącą ze stresu dłoń dziennikarki i poszła przygotować drugie urządzenie dla zagranicznego gościa.
Rozmowy stopniowo cichły, a ilość osób w pomieszczeniu sukcesywnie malała. Roksana usiadła na wyznaczonym miejscu i pogrążyła się w rozmyślaniach na temat możliwości przebiegu tego spotkania. Nagle jej uwagę przykuło wyraźne ożywienie przy drzwiach studia.
- Idzie! – Szepnął ktoś podekscytowany, a blondynce zakręciło się aż w głowie. Chwiejnie wstała i zbliżyła się ku wejściu. W głowie miała natłok myśli. W jaki sposób się przywitać, od jakiego pytania zacząć? Nagle w jej głowie pojawiła się czarna dziura, która pochłonęła wszystko to, co miała tak skrupulatnie ustalone i przygotowane. Z trudem przełknęła ślinę. Szybko poprawiła włosy i wygładziła spódnicę. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę, delikatnie stukając obcasami.
Usłyszała z daleka znany, serdeczny śmiech. Jak zawsze pełen pozytywnej energii i rozbawiony, pomyślała. W pokoju pojawił się wysoki, uśmiechnięty brunet w świetnie skrojonym garniturze. Pod Roksaną ugięły się nogi.
Nathan zdjął okulary przeciwsłoneczne i rozejrzał się z ciekawością. Jego wzrok zatrzymał się na jej sylwetce. Czas zacząć.
Uśmiechnęła się najsympatyczniej, jak tylko umiała i pewnie ruszyła w jego stronę.
- Good morning, Mr. Rayan. – Podała mu uprzejmie rękę. – How are you?

***

Zamknięte drzwi, czyli żegnaj 2016

Stała w nierealnie długim korytarzu z niezliczoną ilością drewnianych drzwi. Każde były w innym kolorze i zdobione w odmienny sposób, jednak wszystkie łączył jeden element. Znajdowała się na nich duża, złota liczba połyskująca niebezpiecznie w mroku. Pchnięta ciekawością, podeszła do pierwszych i położyła dłoń na zimnej gałce. Delikatnie nacisnęła klamkę, a echo rozniosło cichy trzask. Weszła do środka, osłaniając oczy przed oślepiającym światłem. Ku jej zaskoczeniu znalazła się w holu swojego domu. Z dala słychać było odgłosy rozmów i śmiechów, w tle grała muzyka. Nie rozumiejąc o co chodzi, skierowała się w głąb mieszkania.
- Wreszcie, gdzie Ty byłaś tyle czasu? Doniesiesz nam soku, kochanie? – Zapytał słodko chłopak, nakładając sobie na talerz dodatkową porcję sałatki. Wbiła w niego powiększone ze zdziwienia oczy i ze zdenerwowania oparła się szybko ręką o ścianę. Obok niego siedziała znajoma, uśmiechnięta blondynka i jej chłopak.
- Co się dzieje? Źle się czujesz? – Zerwał się pospiesznie brunet i podbiegł do niej. Objął ją ramieniem i pocałował w policzek. ,,Teraz to czuję się fatalnie…”, pomyślała. Zrobiło się jej słabo. Odepchnęła mocno chłopaka i z płaczem wybiegła z domu. Mimo świadomości, że trafiła tu z tajemniczego korytarza, spodziewała się widoku znajomego podwórka, niż pustych, zimnych ścian. Ukucnęła i głośno oddychając próbowała dojść do siebie. Powoli się rozejrzała. Postanowiła iść dalej. Podeszła niepewnie do zielonych drzwi z ozdobioną kwiatami dwójką. Cicho weszła do środka, tym razem przygotowana na jasny blask, ale zdecydowanie mniej na to, co ją może za nimi czekać. Ponownie znalazła się wśród znajomych ścian. Chciała już wyjść z powrotem, przestraszona wizją ujrzenia tego samego, co przed chwilą, lecz zatrzymał ją głos mamy. Krzątała się w kuchni, najwyraźniej coś gotując. Ostrożnie poszła w kierunku hałasów. Nagle o coś się potknęła i musiała szybko złapać się bufetu, by nie upaść. Spojrzała w dół. Pod jej nogami leżały dwie torby podróżne.
- Oj dziecko, jak zawsze niezdarna. Jak już tu jesteś, to zanieś te torby do sypialni. Jak skończę gotować zupę, to pójdę nas rozpakować. – Wysoka blondynka uśmiechnęła się do niej ciepło i wróciła do krojenia warzyw.
Po kilkunastu sekundach znowu stała w otoczeniu barwnych drzwi. W głowie kłębiło się jej milion myśli. Tchnięta przeczuciem pobiegła przed siebie. Minęła namalowaną dwudziestkę. Po głębszym wdechu zacisnęła mocno pięści i weszła ponownie do środka. Tym razem znalazła się w swojej sypialni. Na niepościelonym łóżku leżał telefon i mnóstwo rozrzuconych chusteczek. Intuicyjnie podeszła do lustra. Zobaczyła w nim smutną dziewczynę w czarnym dresie i niechlujnie związanymi włosami w kucyk. Zapłakaną. Granatowe od płaczu oczy i zapuchnięta, czerwona twarz przywołała falę wspomnień. Przymknęła powieki i odwróciła się, by nie widzieć swojego odbicia. Opuszkami palców przejechała po wierzchu komody. Nie chciała tu być. Poczuła się bardzo samotna. Po chwili znowu znajdowała się na korytarzu. Powoli ruszyła przed siebie, podziwiając różnorodnie zdobione drzwi. Stanęła przed datą swoich urodzin. Przez dłuższą chwilę przyglądała się złotej liczbie zanim wkroczyła do środka. Znajdowała się na ulicy, trzymając w dłoni torebkę z kosmetykami i prostownicą do włosów. Rozumiała już co się dzieje. Nagle w jej kieszeni zawibrował telefon. Szybkim ruchem wyjęła komórkę z kurtki i sprawdziła wiadomość. Uśmiechnęła się z ulgą. Już zapomniała, że tego dnia po wielu miesiącach pogodziła się z przyjacielem. Podniosła zadowolona głowę. Stała niedaleko domu swojej przyjaciółki, więc zbliżyła się do furtki i nacisnęła guzik domofonu. Po kilku minutach siedziała w pokoju na kanapie obok szczupłej brunetki, tuszującej rzęsy.
- Mam nadzieję, że prezent się naprawdę podoba. – Uśmiechnęła się zza lusterka. Odwzajemniła jej uśmiech i z radością pokiwała głową.
Wiedziała jak potoczy się ten wieczór. Skończą się szykować i pojadą do pobliskiego baru na dyskotekę, gdzie będą pić i dużo tańczyć. Spojrzała w prawo, na bordowe, zdobione pnączami drzwi. Tym razem nie chciała wracać. Było jej dobrze i z przyjemnością rozmawiała i żartowała z przyjaciółką. Wbijała w nią przesadnie wzrok, chłonąc tak dawno niewidziany w realnym życiu widok. Szkoda, że już tak nie spędzają czasu. Nie lubiła się do tego przyznawać, ale brakowało jej tego uczucia.
Ku jej zdziwieniu, w tej dziwnej rzeczywistości czas płynął tak samo, jak w normalnym świecie. Po dwóch godzinach wsiadły do samochodu i pojechały świętować jej dwudzieste urodziny. Gdy znalazły się na miejscu, jej uwagę przyciągnęły powrotne drzwi na korytarz, znajdujące się tuż obok kominka. Najwidoczniej przemieszczały się równolegle z nią. Skrzywiła się pod nosem na myśl końca tych chwil i ruszyła w kierunku parkietu. Grała głośna muzyka, a dookoła kłębił się tłum ludzi. Poczuła na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciła się instynktownie i ujrzała ukochaną, jak zawsze rozbawioną brunetkę, trzymającą w rękach dwa plastikowe kubki z piwem. Podała jej jeden, cmoknęła ją w policzek i objęła ramieniem.
- To co, idziemy szaleć? – Puściła do niej oko.
- Jasne, tylko pójdę coś sprawdzić. Zaraz wracam.
Znalazła się z powrotem w chłodnym korytarzu. Obejrzała się za siebie, analizując każdy szczegół drzwi. Miała ochotę tam zostać. Wiedziała jednak, że to mimo szczerych chęci niemożliwe. Skierowała się dalej przed siebie. Spacerowała powoli, od czasu do czasu wchodząc do jakiegoś pokoju. Widziała siebie siedzącą smutną wieczorami pod kocem, czekającą w kolejkach do lekarzy, łykającą górę tabletek, bawiącą się z ukochaną kotką, kłócącą się z rodzicami, usypiającą na zajęciach na uczelni. Weszła przez drzwi, gdzie znalazła się w białym samochodzie. Siedział obok i badawczo się czemuś przyglądał. W końcu uśmiechnął się szeroko i odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy.
- Mówiłem Ci już, że jesteś piękna?
Spuściła głowę. Narastała w niej złość. Niepotrzebnie otworzyła te drzwi. Miała ochotę walić pięściami i krzyczeć, że jest zwykłym kłamcą, który za kilka dni przestanie się do niej bez słowa wyjaśnienia odzywać. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk dzwoniącego telefonu.
- Znowu dzwoni moja była dziewczyna. Mam już dość. Ona jest nienormalna…
,,Ta, która Cię nachodzi i z którą nie chcesz już być, bo Cię podobno zdradziła, a zaraz do niej wrócisz?” – ironizował jej wewnętrzny głos – ,,A może nigdy się nie rozstaliście, tylko to Ty ją zdradzałeś ze mną?”.
Bez słowa trzasnęła drzwiami samochodu i skierowała się do znajdującego się obok wyjścia na korytarz wspomnień. Niewiele myśląc weszła w pierwszy lepszy kolorowy portal do przeszłości.
Siedziała znowu w fotelu pasażera. Westchnęła głośno i chciała z impetem opuścić pojazd, ale szybko zauważyła, że jest obok kolejnego przyjaciela. Miała na sobie białą koszulę, a na kolanach piętrzyła się sterta notatek. Doskonale pamiętała ten dzień. Za trzy godziny miała egzamin, na który nic nie umiała przez chorobę, uciekł jej autobus i spanikowana zadzwoniła do niego, prosząc o pomoc. Spojrzała w bok i przyglądała mu się przez chwilę. Za nim też tęskniła. Mimo wielu nieporozumień i jego denerwujących zachowań, brakowało jej ich spotkań, przejażdżek bez celu i słuchania głośno muzyki. Wyjrzała za okno. Wyczuła, że wykorzystał okazję i z zaciekawieniem się w nią wpatruje. Wiedziała, że się mu podoba. Nie spodziewała się jednak, że ich znajomość zakończy się jej pretensjami o imponowanie na siłę, a jego urażonym milczeniem. Westchnęła i wyszła z samochodu. To było genialne uczucie- nawet w czasie jazdy mogła bez problemu wysiąść i ukrócić nieprzyjemne sytuacje. Nie miała ochoty tutaj zostać i przeżywać ponownie egzaminu, którego zresztą nie zdała. Szukała kolejnego pokoju, który chciałaby odwiedzić. Gubiąc się w datach, otworzyła na chybił trafił żółte, potężne drzwi. Znalazła się w małym sklepie, w którym pracowała przez wakacje. Uderzyła ją fala gorąca.
,,No tak, brak klimatyzacji. Zdążyłam zapomnieć, że tu było aż tak duszno…”
Przeszła obok lodówek z alkoholem, z przyzwyczajenia przyglądając się czy nie ma gdzieś luk i nie trzeba dołożyć kilku butelek lub puszek. Po chwili zorientowała się, że to tylko wspomnienie i nie musi starać się wywiązywać z obowiązków, które już dawno są za nią. Usiadła wygodnie za ladą, chłonąc widok pomieszczenia, w którym spędziła tyle dni. Za tym miejscem również tęskniła. Mimo długich godzin pracy i przyjmowania ogromnych, ciężkich dostaw, brakowało miłych rozmów i żartów ze stałymi klientami.
- Dzień dobry! Ależ dzisiaj gorąco… – Odwróciła się w stronę dobiegającego głosu. Uśmiechnęła się szeroko na widok starszej pani i wstała z krzesła.
- Dzień dobry, tak dawno pani nie widziałam. Co słychać? – Podeszła bliżej. Kobieta spojrzała na nią niepewnie.
- Dawno? Byłam przecież tutaj godzinę temu. Musi być pani bardzo zmęczona. Nie dziwię się, te dostawy i brak klimatyzacji w taki upał…
Szła dalej korytarzem, zadowolona nucąc pod nosem ulubioną piosenkę. Nie mogła wytrzymać gorąca w sklepie, więc otworzyła kolejne drzwi i znalazła się w tłumie tańczących i śpiewających głośno osób. Obok niej bawiły się koleżanki, uśmiechając się do niej i wygłupiając się. Wysoka brunetka objęła ją mocno i śmiejąc się kręciła biodrami, ściągając je obie w dół. Dała jej przyjacielskiego buziaka w usta i zrobiła obrót, prawie obijając się o obok tańczącą parę. W sumie dawno nie była na imprezie. Odkąd skończyły się wakacje, straciła czas i ochotę na wyjazdy. Z radością odrzuciła włosy na plecy i zaczęła głośno śpiewać. Tutaj zostałaby z przyjemnością. Po jakiś czasie jednak poczuła się zmęczona, więc odszukała wśród dyskotekowych świateł powrotnego portalu.
Po wyjściu zastanawiała się czy warto wrócić jeszcze do któryś ze wspomnień. Teraz przed nią początek roku akademickiego, zajęcia, nudne wykłady. Nie ma po co do tego wracać, uczelni będzie miała jeszcze powyżej uszu. Uśmiechnęła się do siebie. To wbrew pozorom nie był najgorszy rok. Zaczęła się śmiać i biec przed siebie. Z daleka widziała koniec korytarza z wielką, złotą jedynką. Czas zacząć nowy rozdział.

Księgi snów

Rozglądam się pośpiesznie dookoła. Jedziemy samochodem przez ciemny las. Nie mam pojęcia gdzie jestem. Jest środek nocy, a chłopak zdecydowanie zbyt szybko prowadzi. Skąd go właściwie znam? Przenoszę wzrok na fotel pasażera. Zajmuje go młoda dziewczyna. Nie widzę ich twarzy. Wchodzimy w kolejny zakręt, a ja obijam się na tylnym siedzeniu jak mała piłeczka. Zaczyna ogarniać mnie przerażenie. Zamykam na chwilę oczy. Zaczynam się modlić. Niech to się skończy… Pisk opon. Huk. Podnoszę głowę. Nie mam pojęcia w co uderzyliśmy. Pędzimy wprost przez pole. Boję się jak to się skończy. Nagle doznaję olśnienia. To tylko sen. Nie chcę w tym uczestniczyć. Zaczynam się z całej siły szczypać w prawy nadgarstek. Obudzić się, muszę się obudzić. Wszystko zaczyna się rozmywać. Widzę tylko ciemność. Czuję, że wracam. Otwieram oczy. W swoim łóżku.

 

 

 

Jakiś czas temu natknęłam się w księgarni na Pierwszą księgę snów Kerstin Gier. Od razu wiedziałam, że muszę ją mieć. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia w przepięknej okładce. Zaintrygował mnie również krótki opis książki, ponieważ od dawna interesuję się sferą snów i przywiązuję do nich dużą wagę. Zawsze byłam osobą o wyczulonej intuicji i nie raz moja podświadomość próbowała mi co nieco podpowiedzieć w nocy. Ku mojej radości, dwie pierwsze części Trylogii Snów szybko do mnie trafiły i podbiły jeszcze bardziej moje serce. Dosłownie pochłonęłam je w przeciągu kilku dni i nie mogę doczekać się polskiego wydania ostatniej części tej serii. Księgi nie tylko zachwycają świetnym wydaniem i cudowną okładką, wpisującą się całkowicie w ich treść, ale fascynują również opisywaną historią. Dzieło Gier niesamowicie wciąga i nie pozwala się od siebie oderwać. Fantastyczny styl, odpowiednio dobrana czcionka i zdobienia stron umilają czytanie i pozwalają jeszcze mocniej zagłębić się w nierealny świat, stworzony przez autorkę. Chyba najlepszym potwierdzeniem jest skrót mojego snu, jakiego doświadczyłam w trakcie czytania. Nic dodać nic ująć, z czystym sumieniem polecam tę pozycję i zachęcam do lektury. Może i Wy odnajdziecie swoje drzwi i nauczycie się kontrolować swoje sny ;-)

 

Refleksje nad słowem

Twórcy często stają się ofiarami własnej wrażliwości. Prześladowani przez swój talent, izolują się od świata i zmuszeni są przebywać w swoim kręgu emocji i uczuć. Dar zesłany od kogoś z góry równoznaczny jest w przekleństwem, które niszczy ich od środka. Śledząc biografie znanych poetów i pisarzy, dochodzi się do wniosku, że depresja i inne zaburzenia psychiczne nieodzownie towarzyszą wyżynom kulturalnym i artystycznym. Zdecydowana większość mistrzów pióra ma za sobą najeżone trudnościami życie pełne problemów z nawiązaniem porozumienia ze społeczeństwem, czy z uporządkowaniem spraw osobistych, co nierzadko skutkuje mrocznymi kolejami losu, nawet zakrawającym o próby samobójcze. Pojawia się refleksja, że talent jest swojego rodzaju piętnem, które prócz wielu pozytywów, niesie za sobą jednocześnie niewiarygodną ilość skaz i bolączek. Kreacje bohaterów w literaturze wielokrotnie ocierają się o skrajny indywidualizm, samotność, nierozumienie i, co najważniejsze, o nadludzką emocjonalność. Nie można zaprzeczyć, iż fenomen ukazywania postaci utalentowanych przez pryzmat ich niezwykłej uczuciowości, intuicji i rozdarcia wewnętrznego ma silnie zakorzenione podstawy. Nie bez powodu wielcy literaci w swoich dziełach umieszczają wybitne jednostki, odznaczające się wyjątkowym spojrzeniem na otaczającą rzeczywistość. Dają upust własnym udrękom i troskom, chowając się za wyimaginowanymi charakterami. Przelewanie słów na papier staje się osobistą terapią, która pomaga im uporządkować chaotyczne życie i emocje ich dręczące.
Pisanie najłatwiej porównać z powołaniem. Proces myślowo-twórczy nie jest w żadnym wypadku efektem świadomego, racjonalnego wyboru. Pisarz nie może usiąść i postanowić w danej chwili o stworzeniu dzieła. Potrzebne jest do tego natchnienie, a ono przychodzi kiedy chce, a nie, gdy pragnie tego autor. Konstruowanie utworu wymaga emocjonalnego bodźca, który obudzi w wyobraźni pomysł i kształt. W innym wypadku jest to walka z wiatrakami. Próba napisania publikacji bez weny twórczej graniczy z tym, co nierealne, jest pewnym przymusem, przed którym człowiek ucieka. Ogarnia go zmęczenie i zniechęcenie, czego wynikiem jest uczucie nieporadności oraz niskiego poziomu warsztatu literackiego. Siedzenie nad pustą kartką zdaje się trwać wieczność. W głowie nie chce powstać nawet jedno, najprostsze zdanie, więc nie ma sensu walczyć.
Talent jest abstrakcyjnym bytem, który spada na wybrane jednostki. Wartość ta czyni je wyjątkowymi i obdarza je szeroką elokwencją, wrażliwością i intuicją. Władający słowem jest pośrednikiem między dwoma światami i wydaje się żyć na ich granicy. Uduchowienie wznosi go na wyższe szczeble egzystencji i pozwala czuć oraz widzieć więcej niż przeciętny człowiek. Poetycki byt trwa nad ziemią, jakby stąpając tuż nad nią. Znaleźć w nim można coś nierealnego, wręcz boskiego, co pozwala mu oderwać się od otaczających go wydarzeń i przenieść się w inny wymiar. Potrafi stworzyć swoją własną, osobistą krainę, jednocześnie żarliwie przeżywając radości i smutki. Artysta odczuwa wszystko ze zdwojoną siłą i charakteryzuje się niebywałym szóstym zmysłem. Przeczuwa, przewiduje pewne wydarzenia, szczególnie te złe. Jego sny pełne są symboli, które zawsze coś oznaczają. Dużo myśli, analizuje, przeżywa.
Uosobieniem pisarza zdaje się być bohater romantyczny. Człowiek pióra jest Konradem, umiłowanym w słowie, literaturze i wyższych sferach uczuć. Każdy z nich jest wirtuozerskim indywidualistą, którego unikatowa osobowość musi zmagać się z szarością dnia codziennego, pełną nudy i cierpienia. Wszystko mocniej przeżywa, boleśniej go dotyka. Czuje się wybrany. Jest świadomy, że takich osób, jak on jest niezwykle mało i muszą same sobie radzić z tym brzemieniem. Idzie samotnie przez świat. Z własnym bagażem doświadczeń i uczuć.

Pisanie to powołanie, nie wybór

Siedzę nad pustką kartką. Uderzam palcami o blat stołu, wystukując dźwięczną melodię. Odgłos roznosi się po mieszkaniu. Myślę.
Noszę w sobie książkę.
Czuję, że jestem tutaj po coś. Mam swój cel. Porównuję się do Konrada, szukam podobieństw z romantycznymi bohaterami. Moim powołaniem jest pisanie.
Zesłany dar, który spada na Ciebie z impetem i miażdży wszystko, co do tej pory znałeś. Element rzeczywistości dyrygujący Tobą, jak szmacianą marionetką na zużytych sznurkach. To nie wybór. Zostajesz pisarzem w chwili urodzenia i będziesz nim aż do końca. Nie masz na to wpływu. To coś rządzi Tobą i Twoim umysłem. Jesteś wrażliwszy. Dostrzegasz najmniejsze szczegóły otaczającego Cię świata, zwracasz uwagę na najdrobniejsze gesty i słowa. Wszystko jest bodźcem, który w jednej sekundzie może wprowadzić Cię w rozpacz lub euforię. Stajesz się gąbką, która chłonie otoczenie jak wodę. Analizujesz, rozmyślasz. Kierujesz się intuicją. Balansujesz na granicy dwóch światów. Patrzysz w lustro, którego gładka powierzchnia jest jak mur między dwoma rzeczywistościami. Wewnętrzny głos podpowiada Ci jak będzie wyglądać przyszłość. Wiesz co się wydarzy. Jesteś jak jasnowidz.
Nie możesz zasnąć. W głowie kłębi się milion myśli, nie pozwalających odetchnąć. Patrzysz w ciemną przestrzeń i zastanawiasz się co tym razem Cię spotka. Nadchodzi upragniony odpoczynek. Podświadomość nie daje o sobie zapomnieć. Obrazy senne mają swoje znaczenie i ukryty sens. Przekonasz się niedługo jaki.
Jesteś zmęczony. Kochasz pisać i chcesz pisać. Siadasz, bierzesz w dłoń długopis. Nic. Czujesz pustkę. Ogarnia Cię niechęć i znużenie. Nie potrafisz ułożyć nawet jednego, prostego zdania. Masz wrażenie, ze robisz coś na siłę. Masz na rękach niewidzialne kajdanki, które bezlitośnie wbijają się w Twoje ciało. Ktoś Cię do tego zmusza. Odpuszczasz, nic z tego nie będzie.
To jedyne, co chcę robić. Pisanie jest terapią, która potrafi uleczyć każde rany. Stykanie długopisu z kartką jest jak ciepły dotyk na Twoim ramieniu. Daje upust negatywnym emocjom, zaczynasz się uśmiechać. Piszesz, gdy Ci źle. Wyimaginowane historie dają ukojenie i tulą do snu, jak ulubiony koc. Natchnienie przychodzi wraz z cierpieniem. Wena jest jak ból, który pojawia się nagle i znika jak bańka mydlana.
Jestem Konradem. Jestem indywidualistą XXI wieku. Jestem poetą, niespełnionym artystą, który walczy słowem z samym sobą.

Rola życiowa

Stała w oknie, kończąc drugiego papierosa. Wypuściła powoli dym z ust i odwróciła się tyłem do szyby. Spojrzała obojętnie przed siebie.
- Jeszcze tu jesteś?
Nie odwrócił głowy w jej stronę. Uporczywie wbijał wzrok w starą gazetę, aż w końcu nonszalancko wstał zza stołu. Bez słowa wyszedł z pokoju, zostawiając ją samą. Wbiła resztkę wypalonego Malboro w czarną popielniczkę i podeszła z grymasem do szafki. Chwyciła w wychudzoną dłoń butelkę wódki, a w drugą pognieciony zeszyt. Opadła z impetem na drewniane, stare krzesło.
- Będziesz pisać?
Podniosła z niechęcią głowę w kierunku chłopaka. Stał oparty o framugę drzwi, bacznie się jej przyglądając. Chwilę wymieniali się spojrzeniami. Skrzyżował ramiona na piersi i głośno westchnął. Podszedł powoli do okna.
- Czemu pytasz? – Rzuciła, przykładając butelkę do ust. Wzięła kilka łyków i podniosła się, by sięgnąć po pióro. Zaczęła kartkować zapisane niechlujnie strony.
- Nie lubię, gdy pijesz.
Odwróciła się szybko za siebie. Opierał się o parapet i obserwował ludzi przechodzących za szybą. Przyglądała mu się kilka minut. Postanowiła zbyć jego słowa i ponownie rozgrzała przełyk czystą. Skrzywiła się, otwierając zeszyt na pustej, niezapisanej jeszcze kartce. Wbiła spojrzenie w brudny sufit.
- Idę się przejść. – Mruknął od niechcenia. Złapał w rękę paczkę papierosów, klucze i ruszył w kierunku drzwi.
- O której wrócisz? – Zapytała niespodziewanie. Zatrzymał się nagle bezruchu w połowie pokoju.
- Późno, nie czekaj na mnie.
Odprowadziła go wzrokiem i skupiła się z powrotem na czystej stronie. Wypuściła głośno powietrze z płuc. Rozejrzała się dookoła, szukając natchnienia. Pociągnęła kolejny, potężny łyk wódki i umoczyła pióro w atramencie. Zaczęła pisać.
Nie czuła, kiedy mijały kolejne minuty i godziny. Świat wyobraźni kompletnie ją pochłonął i szczelnie zamknął w swoich ramach. Nie było stamtąd ucieczki. Na zmianę piła i wstawała zapalić kolejnego papierosa.
Usłyszała nagle dźwięk przekręcania klucza w zamku. Podniosła zmęczoną głowę i czekała aż pojawi się w mieszkaniu.
- Chcę napisać książkę.
Przyglądał się jej zdziwiony, analizując to, co właśnie powiedziała. Podszedł powoli i oparł się rękoma o kwadratowy stół.
- Co chcesz zrobić?
- Chciałabym wydać swoją książkę. – Przymknęła powieki, zamknęła zeszyt i odsunęła go od siebie.
- Zwariowałaś… – Mruknął, siadając na krześle obok niej. – Wódka zjadła Ci rozum, idź połóż się spać.
Drgnęła, urażona jego uwagą. Nie ulegało wątpliwości, że kochała pisać i sprawiało jej to ogromną satysfakcję i radość. Magia słów przenosiła ją w inny wymiar i otwierała przed nią zupełnie nowe, nieznane światy.
- Zrobię to, zobaczysz. – Z pewnością siebie wstała i schowała notatnik w szufladę komody.
Chwiejnym krokiem wróciła do stołu. – Nie wierzysz we mnie.
- Uważam, że jesteś zmęczona. Do rana o tym zapomnisz.
Pamiętała.

Jesteś naszym aniołem

Czuła silne przyciąganie w dół, jakby gwałtownie spadała. Jej włosy rozwiewał zimny, nieprzyjemny wiatr, a ciało drżało targane dreszczami. Była przerażona i nie rozumiała co się z nią dzieje. Rozglądała się dookoła, ale otaczała ją jedynie przytłaczająca, głęboka ciemność. Wydawało jej się, że ciągle leci w dół, nad czym nie miała żadnej kontroli. Nagle rozległ się olbrzymi huk. Jej oczy oślepił ostry blask, przed którym broniła się za pomocą zziębniętych dłoni. Białe światło wyglądało nierealnie i swoją intensywnością sprawiało wręcz ból. Wokół niej zaczęły pojawiać się niezrozumiałe szepty, śmiechy i krzyki. Bała się. Serce mocno biło w przyspieszonym tempie, wyznaczając kolejne sekundy. Czas dłużył się w nieskończoność. Niespodziewanie uderzyła w chłodną, wilgotną ścianę. Leżała chwilę bez ruchu, próbując pozbierać chaotyczne myśli. Zniknęło światło, ucichły tajemnicze głosy.
- Co się dzieje… – Mruknęła pod nosem i powoli uniosła obolałą głowę. Bladą dłonią przejechała powoli po kamiennej posadzce. – Gdzie ja jestem?
Z całych sił wytężyła zmęczony wzrok, szukając jakiegokolwiek szczegółu, znaku. Usiadła niezgrabnie i skrzywiła się z przeszywającego ciało bólu. Poprawiła czarną, koronkową sukienkę.
- Kochana – Usłyszała nagle ciepły głos, dobiegający gdzieś z mroku – Ksenia, serce mnie boli, że musimy spotykać się w takich okolicznościach.
Szybko odwróciła się za siebie, by zidentyfikować postać. Zmrużyła oczy, uderzona ponownie świetlistym blaskiem. W łunie pojawił się cień, który zdawał się coraz bardziej zbliżać. Stanęła przed nią piękna brunetka w długiej, kremowej sukni.
Nie bój się. – Uśmiechnęła się i wyciągnęła do niej delikatną dłoń. – Musisz iść ze mną.
- A..a..ale… – Zaniemówiła, wbijając tępo wzrok w dziewczynę. Wyglądała olśniewająco. Długie, kasztanowe loki wiły się wokół szczupłych ramion. Z roześmianych, ciemnych oczu biła dobroć i radość. – Julia…
- Wszystko wytłumaczę Ci po drodze. Chodź, daj rękę.
Brunetka pomogła jej wstać, złapała mocno jej dłoń i ruszyła stanowczo przed siebie. Długo szły w przygnębiającym milczeniu.
- Julia – Zaczęła niepewnie.
- Tak?
- Gdzie my jesteśmy?
Ciemnowłosa dziewczyna westchnęła głośno, ściskając bardziej jej zziębnięta dłoń. Spojrzała na nią smutno.
- Muszę Cię przeprowadzić.
- Jak to „przeprowadzić”? Co to za miejsce? Julia, przecież… – Przejechała nerwowo ręką, przeczesując blond włosy.
- Tak. Nie żyję.
Ksenia spuściła głowę w dół. Czuła, jakby była we śnie. Zaraz na pewno się obudzi.
- To nie jest sen. – Odezwała się nagle towarzyszka, jakby czytając jej w myślach. – Poprosiłam, żebym mogła tu być. Nie chciałam zostawić Cię samej. Wiedziałam, że będziesz się bać. Jak ja kiedyś.
Julia nagle stanęła i odwróciła ją przodem do siebie. Uśmiechnęła się lekko.
- Wszystko będzie dobrze. – Przytuliła ją, gładząc palcami jej jasne kosmyki. – Ja dałam radę, Ty też dasz.
Po twarzy Ksenii popłynęły wielkie łzy. Wtuliła się mocno w koleżankę i zaniosła się płaczem. Zrozumiała gdzie jest i co się dzieje. Brunetka pogłaskała ją czule po głowie.
- Co się stało…? – Odsunęła się od pocieszycielki. – Nic nie pamiętam…
Dziewczyna opuściła smutno piękne oczy i obróciła się w bok.
- Miałaś wypadek – Zaczęła. – Przechodziłaś przez ulicę. Potrącił Cię samochód.
Blondynka zmarszczyła czoło, jakby próbując cokolwiek sobie przypomnieć. Nagle drgnęła. Wszystko wróciło. W głowie zaczęły kłębić się drastyczne obrazy. Fragmenty wspomnień przelatywały przed oczami. Rozpłakała się ponownie, zachwiała i upadła na ziemię.
- Nie płacz, kochanie. Właśnie dlatego tu jestem. Przyszłam, żeby Ci pomóc. – Julia usiadła obok i objęła ją ramieniem. 4 miesiące temu zginęła w wypadku samochodowym, gdy wracała z przyjaciółkami z dyskoteki.
- Chodź, będę przy Tobie. Damy sobie radę. Będziemy mogły czuwać nad naszymi bliskimi. Jesteśmy teraz aniołami stróżami. – Uśmiechnęła się ciepło i podniosła ją do góry. Chwyciła ją ponownie za rękę, kierując się powoli do przodu.

Pamięci J. Zawsze w serduszku.

Wyfrunięcie z klatki

Zachwiała się i upadła z impetem na łóżko. Świat niebezpiecznie wirował, odbierając zdolność racjonalnego myślenia. Z rezygnacją oparła dłoń na rozgrzanej twarzy i zamknęła zmęczone oczy, by pozbyć się nieprzyjemnego, rozmazanego obrazu pokoju.

- Cholera, znowu za dużo wypiłam… – Mruknęła, kładąc się na miękkiej pościeli. Dopiero po powrocie do domu uświadomiła sobie jak źle się czuje. Chwyciła za telefon, by sprawdzić która jest godzina. 3:10. Jej uwagę przyciągnęła nieodebrana wiadomość, migająca się na kolorowym ekranie. Poczuła szybsze bicie serca, kiedy wpisywała hasło, blokujące aplikację. On. Co może chcieć?

”Śpisz?”

Uśmiechnęła się do siebie, ciesząc się, że się odezwał. Dziwiła ją bardzo późna pora, jednak nie zastanawiając się długo, zaczęła delikatnie wystukiwać palcami odpowiedź.

”Nie, a dlaczego pytasz?”

Odrzuciła na bok komórkę i powoli wstała, by przebrać się w piżamę. Znowu o mało nie straciła równowagi, ale na szczęście zdążyła oprzeć się ręką o szafkę. Skrzywiła się na myśl ilości wypitego tego wieczoru alkoholu i zaczęła się rozbierać. W trakcie zmagała się z lukami w pamięci i zastanawiając się jak znalazła się u siebie na górze w sypialni, podeszła ostrożnie do lustra, by sprawdzić czy zmyła makijaż. Po upewnieniu się, że mimo wszystko pamiętała o umyciu twarzy, wróciła na łóżko i wsunęła się pod ciepłą kołdrę. Spojrzała na wyświetlacz telefonu, by sprawdzić czy chłopak odpisał. Stwierdzając, że nie ma nowych wiadomości, przewróciła się na bok i głośno wypuściła powietrze z płuc. Obrazy dzisiejszej nocy tłoczyły się w jej głowie, nie pozwalając nadejść upragnionemu snu. Myślami znowu była wśród tłumu ludzi, tańczyła i piła wśród głośnej muzyki. Zamknęła powieki, przypominając sobie jak się zachowywała na imprezie. Uświadomiła sobie, że ma do niego ogromną słabość. Wystarczyło, że alkohol uderzył jej do głowy, a od razu zaśmieciła mu skrzynkę wiadomościami, żeby przyjechał. Ogarnęło ją poczucie wstydu i zmieszania, że tak bezpośrednio pokazała swoje uczucia. Odwróciła się na drugą stronę i dalej przywoływała niewyraźne wspomnienia minionych godzin. Była szczęśliwa, że choć część wieczoru mogła spędzić bawiąc się w towarzystwie jego i jego znajomych. Przed oczami miała chwilę, kiedy parę minut tańczyli razem lub gdy podawał jej do picia swoją butelkę z piwem. Uśmiechnęła się lekko, czując napływające ciepło. Nie umiała wyjaśnić dlaczego ją tak bardzo do niego ciągnie. Chciałaby, żeby ją pocałował. Niestety mogła liczyć tylko na wspólną zabawę i grupowe picie w aucie na zewnątrz. Ale czy na pewno? Jeszcze dwa miesiące temu spędzili razem miły wieczór, żartując, przytulając się i wymieniając się buziakami. Łudziła się, że jest szansa, żeby przekonał się do niej bardziej, niż tylko jako przyjaciółki. Marzyła, by dostać od niego propozycję spotkania się. Westchnęła, wracając myślami do niedawnych wydarzeń. Nie mogła sobie przypomnieć jak to się stało, że na koniec zabawy tańczyła bez przerwy ze znajomym z gimnazjum, z którym nigdy wcześniej nawet nie rozmawiała. Na jej twarzy pojawił się grymas, kiedy przypomniała sobie jak ciągle usiłował ją pocałować, a ona zmuszona była co chwilę bronić się odwracaniem głowy. Nagle zrobiło się jej niedobrze i zacisnęła mocno powieki. Rozmyślaniami dotarła do momentu, którego wolałaby w ogólnie nie pamiętać. Usiadła z kolegą na drewnianej huśtawce z dala od bawiącego się tłumu, kiedy ją objął i przysunął się do jej twarzy. Nie potrafiła zrozumieć czemu się nie odsunęła i odwzajemniła pocałunek. Jej ciałem zatrząsł dreszcz, gdy uświadomiła sobie, że to nie była jedyna taka sytuacja tej nocy.

- Boże, jak mogłam całować się z dwoma facetami na jednej imprezie… – Uderzyła się w twarz poduszką, licząc, że w taki sposób pozbędzie się niewygodnych wspomnień. Jest sama trzy miesiące, a przez ten czas zaliczyła pocałunek z czterema chłopakami. Postanowiła szybko zmienić kierunek myśli. W jej głowie pojawił się obraz, kiedy tańcząc w gronie znajomych, piła z gwinta wódkę, znacząco opróżniając szklaną butelkę. Zrobiło się jej słabo i myślała, że zwymiotuje. Czas iść spać. Złapała w dłoń komórkę, chcąc sprawdzić ile czasu spędziła na rozmyślaniu. 3:58. Nadal nie dostała żadnej odpowiedzi na smsa, pewnie zasnął. Przeczuwała, że jej samej niestety nie uda się odespać zarwanej nocy. Położyła się na plecach i ponownie odpłynęła w świat wyobraźni i minionych chwil. Zaczęła przypominać sobie momenty spędzone z nim i układała w głowie nierealne scenariusze, jak chciała, żeby potoczyły się wydarzenia.

- Więcej nie piję, to źle się kończy… – Burknęła niechętnie. Mimo wszystko wiedziała, że dobrze się bawiła i nie mogła doczekać się już kolejnej imprezy. Po długim czasie poczuła wreszcie, że żyje i miała ochotę bawić się i szaleć. Zdawała sobie jednak sprawę, że tym razem bardzo przesadziła, i  że nie może dopuścić, aby taka sytuacja się powtórzyła.

Nowy rozdział?

Odrzuciła na bok zeszyt i podciągnęła nogi pod brodę. Była zmęczona odrabianiem lekcji i nauką, więc postanowiła zrobić sobie przerwę. Jej uwagę przyciągnęło nagłe drżenie telefonu, zwiastujące wiadomość. Ktoś wyczuł idealny moment, by do niej napisać. Sięgnęła zaciekawiona po komórkę.

”Cześć, jak mija dzień?”

Na jej twarzy mimowolnie zagościł promienny uśmiech. Czekała na to, aż się do niej odezwie. Jej ciało przeszedł dreszcz ekscytacji.

”Hej, całkiem w porządku. Uczyłam się i właśnie odpoczywam. A co słychać u Ciebie?”

Lubiła z nim rozmawiać. Nie wiedziała kiedy zaczęło jej tak bardzo zależeć na tej relacji. Od kilku tygodni nie było dnia, by nie wymienili choćby paru wiadomości. Czasem zdarzało się, że pisali od samego rana do momentu, gdy oboje kładli się spać. Strasznie się ucieszyła, kiedy na wieść, że po chorobie wraca na uczelnię i już nie będą mogli spędzać wieczorów na internetowych rozmowach, poprosił ją o numer telefonu. Mimo pracy, zawsze znajdował czas, by jej odpisać. Zaraz potem zaproponował spotkanie, na co jej serce omal nie wypadło z piersi. Zaistniała sytuacja zaczęła jej się podobać, za co wiele razy karała się w myślach. Dopiero co straciła miłość swojego życia, zawalił się cały jej świat, a teraz znowu pakuje się w problemy? To, co działo się w jej sercu, nie było zbyt rozsądne.

Odrzuciła do tyłu głowę i głośno westchnęła. ”Nierozsądne” to raczej trafniejsze określenie na przebieg ich pierwszego spotkania. Minął już tydzień, a ona nadal nie mogła zapomnieć o tym, co się wtedy wydarzyło. Piątkowy wieczór. Godzina 23:00, a ona przytulona do niego zawzięcie przyglądała się zaparowanym szybom samochodu. Nie widzieli się 5 lat, lecz przez swobodę rozmowy i żarty, ani trochę nie odczuwała tej przepaści czasowej. W gimnazjum była nim zauroczona, spotykali się i dużo ze sobą pisali. Później kontakt się urwał, a mimo tego ona teraz patrzyła mu prosto w oczy i była najszczęśliwsza na świecie, kiedy delikatnie głaskał ją po policzku.

Przymknęła powieki na wspomnienie tamtych chwil. Bawił się jej włosami, uśmiechał się i kilka razy ją pocałował. Chciała wtedy, by ten wieczór nigdy się nie kończył i miał swoją kontynuację. Niestety sprawy się pokomplikowały i chłopak zaczął traktować ją z dystansem. Następnego dnia zadzwonił do niej i bardzo długo mówił, przepraszając ją i tłumacząc. Mimo wszystko miała nadzieję, że jeszcze coś z tej znajomości wyniknie.

”Też wszystko okay. I jak idzie nauka?”

Spojrzała na leżący obok zeszyt. Wiedziała, że teraz musi dużo pracować i sumiennie się uczyć. Ostatnio wszystko koncertowo zawaliła i została wykreślona z listy studentów. Na całe szczęście rodzice, pomimo nieopisanej złości i żalu, postanowili zapłacić warunkowe za dwa, niezdane przedmioty, by mogła dalej kontynuować polonistykę. Zdawała sobie sprawę, że wyjątkowo mocno nadszarpnęła ich zaufanie i że się na niej bardzo zawiedli. Musiała zrobić wszystko, by opanować sytuację, nadrobić zaległości, spowodowane chorobą i zaliczyć nieobecności. Bała się, że nie da sobie rady i że znowu okaże się, że jest beznadziejna. Miała na sobie ogromną presję i nie wiedziała czy da radę ją udźwignąć. ” Wierzę w Ciebie, jesteś dobrą studentką” – tak zawsze jej pisał, ale czy to prawda? Gdyby tak było, to nigdy nie zdarzyłoby się to, co się wydarzyło.

Od trzech miesięcy jej życie wali się na łeb na szyję. Czasem zastanawiała się co takiego zrobiła, że jest tak źle. Ktoś na górze dobrze się bawi, pastwiąc się nad nią coraz bardziej z każdym dniem. Zdrowie, studia, rodzice, chłopak. Wszystko popsuło się już w każdym możliwym aspekcie. Może to oznacza koniec problemów? Była zmęczona figlami, jakie płatał jej los i liczyła, że to koniec nieprzyjemnych niespodzianek.

Wystukała szybko odpowiedź na wiadomość i położyła komórkę na stoliku naprzeciwko. Od jakiegoś czasu ciągle o nim myślała i nie mogła wyrzucić go z głowy. Jak mogła tak szybko się zauroczyć? Wiedziała, że to był błąd, ale nie umiała zahamować w sobie, kotłujących się w niej uczuć. Była pewna tylko jednego. Powinna mu z całego serca podziękować, bo to właśnie jemu zawdzięczała to, że przestała spędzać całe dnie na płaczu i tęsknocie za byłym chłopakiem. Nie mogła powiedzieć, że się odkochała. Nadal dusiła w sobie ogromny sentyment i żal za to, że została tak brutalnie odrzucona. Nie potrafiła wybaczyć, że została sama, kiedy najbardziej potrzebowała pomocy i wsparcia. Nie rozumiała jak po tak długim czasie spędzonym razem i deklaracjach wielkiej miłości, można tak po prostu zniknąć i z lekkością się odciąć.

Potrząsnęła głową, a po jej ramionach spłynęły delikatnie długie włosy. Nie chciała się nad tym rozwodzić. Była z kimś, kto najwidoczniej nigdy jej nie kochał i nie miała ochoty nad tym myśleć. Skierowała wzrok za okno. Była piękna, słoneczna pogoda. Uśmiechnęła się na widok budzącej się do życia przyrody. Komórka delikatnie zawibrowała, co wywołało na jej twarzy jeszcze większy uśmiech.

- Będzie dobrze. – Rzuciła pewnie, pochylając się w kierunku telefonu.

Trochę autotematyzmu

- Ile można czekać… – Westchnęła głośno, po raz kolejny nerwowo przystępując z nogi na nogę. Myślała, że zaraz zemdleje ze stresu. Od godziny czekała w przychodni na wizytę u lekarza, ściskając w dłoni wyniki badań. Analizowała ciągi liczb i niezrozumiałych skrótów, które jeszcze bardziej pogłębiały jej niepokój. Ból stawów stawał się coraz silniejszy, a w połączeniu ze stresem, ledwo była w stanie przez niego ustać na nogach. Mimowolnie jej myśli skierowały się ku niemu. Coś w środku ją mocno ścisnęło na wspomnienie chłopaka i poczuła przypływ ogromnego żalu, ogarniającego jej serce. Opuściła z rezygnacją głowę, a jasne włosy spływające z ramion skutecznie zasłoniły jej smutną twarz. Uszczypnęła się w rękę, by się nie rozpłakać. To nie jest odpowiednie miejsce i czas na łzy. Zaczęła sobie wyobrażać, że stoi obok niej. Obejmuje ją ciepłym ramieniem i całuje delikatnie w czoło, szepcząc, żeby się nie martwiła. Jest tu z nią, wspiera ją i dodaje otuchy. Bardzo go teraz potrzebowała. Wyprostowała się, spoglądając w pustą przestrzeń obok niej. Nie ma go tu. Poczuła przeszywający ból, który zdawał się być nie do zniesienia. Z rozmyślań wyrwał ją głos lekarza, zapraszający ją do gabinetu. Spojrzała w sufit, jakby w geście modlitwy i ruszyła w kierunku drzwi. Jeszcze nigdy nie czuła się tak samotna.
- Dzień dobry, zapraszam. – Rzucił z uśmiechem mężczyzna. Zaczął kartkować pośpiesznie stos dokumentów, znajdujący się przed nim na drewnianym biurku. – Pani Anastazja, tak?
- Zgadza się. – Odpowiedziała i położyła na blacie kartkę z wynikami. Jej ciało wstrząsnął dreszcz, kiedy lekarz wziął w rękę papier i zaczął go uważnie studiować. W jednej chwili zrobiło się jej zimno i słabo.
- Hmm… – Mruknął pod nosem starszy pan, nie odrywając wzroku od szeregu cyfr i oznaczeń. Chwilę się zastanawiał, po czym spojrzał się na nią zmartwionymi oczami. – Leki przeciwbólowe pomogły?
- Jest trochę lepiej… Ale nadal są dni, że nie jestem w stanie ruszyć się z łóżka. O szybkim chodzie lub, nie daj Boże, gonieniu autobusu, nie ma nawet mowy.
- Niedobrze… Zapiszę silniejsze środki. Może je pani brać co kilka dni. A co z krwotokami?
- Ostatni miałam wczoraj wieczorem. – Poprawiła nerwowo włosy. Jedne czego chciała, to wiedzieć już co jej właściwie dolega. – Panie doktorze, jak wyszły badania? Nie będę ukrywać, że strasznie się denerwuję.
- Ile trwał? – Rzucił mężczyzna, jakby zbywając jej pytanie. Wyciągnął z szuflady bloczek kartek i zaczął pośpiesznie coś zapisywać.
- Jak zawsze, około godziny. Co mi jest?
- Szczerze? Nie wiem, pani Anastazjo. Jedyne, co do czego możemy mieć pewność, to to, że nie jest jednak pani chora na białaczkę. Objawy i zachorowania w rodzinie na to mocno wskazywały, ale na szczęście to możemy wykluczyć.
Miała wrażenie, że wszyscy w ośrodku zdrowia usłyszeli jak kamień spadł jej z serca. Od kilku dni żyła w strachu, płakała wieczorami i dosłownie umierała z nerwów. Nadal jednak nie wiedziała na co jest chora.
- Ale jednak codziennie krwotoki, wypadanie włosów całymi garściami i bóle nie są normalne…
- Oczywiście. Wypiszę pani skierowanie do laryngologa. Trzeba sprawdzić naczynia krwionośne. Jeśli chodzi o kości, tak jak mówiłem, wypiszę silniejsze leki. To prawdopodobnie choroba powzrostowa, więc zapiszę pani tabletki na wzmocnienie chrząstek, które będzie pani musiała brać codziennie. Włosy to pewnie efekt stresu. Ma pani jakieś kłopoty? – Lekarz wyrwał kartkę z receptą, podając jej ją przez biurko.
- Nie. -Skłamała, spuszczając wzrok w podłogę. Nie mogła dostać gorszego pytania. W jednej chwili jej oczy się zaszkliły na myśl dręczących ją spraw.
- Może to po prostu osłabienie organizmu… Proszę, tu jest skierowanie. Proszę się zgłosić do mnie za jakiś czas. A na dzisiaj to tyle. – Wzięła od mężczyzny kolejny dokument i wstała z krzesła.
- Dziękuję, do widzenia. – Rzuciła przez ramię, wychodząc z gabinetu.
- Do widzenia.

***

Zerwała się z łóżka, odrzucając na bok kołdrę. Jej serce szybko biło, a jego nierówny rytm dawało się wychwycić w panującej wokół ciszy. Przeczesała ręką splątane, długie włosy, lejące się niesforną kaskadą wokół ramion i rozejrzała się powoli po ciemnym pokoju. Jest jeszcze środek nocy. Po omacku odszukała w pościeli telefon, by sprawdzić która jest godzina. 2:46. Westchnęła głośno, kierując wzrok w okno. Kolejna noc, kiedy nie może spać i ciągle się budzi. Oparła zmęczoną twarz na ręce, przypominając sobie co tym razem jej się śniło. Nie musiała długo szukać w pamięci.
- Boże, jak ja za nim tęsknię… – Jej oczy zaszkliły się, a w środku poczuła nieprzyjemny ucisk. Znowu on. Jego obecność prześladowała ją nawet w snach. Chociaż przez chwilę było jak dawniej i czuła się szczęśliwa, kiedy po raz kolejny wracał do niej w jej wyobraźni.
- ”Nie możemy żyć osobno, bo tylko oboje się męczymy.” – Wyszeptała powoli zdanie, które najbardziej utkwiło jej w pamięci. Mówiąc je, złapał ją za rękę i mocno przytulił. Ścisnęło ją w żołądku, gdy uświadomiła sobie, że to był tylko sen. Po jej policzkach mimowolnie popłynęły łzy, które szybko otarła dłonią. Nie lubiła płakać. Czuła się słaba, bezsilna, uzależniona. Ból stał się tak silny, że podeszła bezszelestnie do szafy i uchyliła drzwiczki. Bez problemu odszukała w ciemności niebezpiecznie błyszczące ostrze. Choć wiedziała, że nie należy tego robić, cierpienie fizycznie pomagało jej znieść ciężar tęsknoty. Usiadła z powrotem na łóżku, obracając w palcach srebrną żyletkę. Po chwili chwyciła pewnie przedmiot i zbliżyła go do skóry na kostce. Nie cięła się na rękach. Raz to zrobiła i przez wiele miesięcy musiała kryć się z widoczną, jasną blizną.
- Kocham Cię… – Szepnęła, a z jej oczu ponownie popłynął potok łez. Nie chciała dodatkowych problemów, więc wbiła ostrze w miejsce niewidocznie pod ubraniami. Przyglądała się jak krew spływa po jej bladym ciele, tworząc niesamowity kontrast obrazujący jej stan. Razem z nią upływał z niej powoli żal.
Wsunęła się pod pościel, otulając ciało miękkim materiałem. Wiedziała, że dziś już nie zaśnie i do świtu zostanie sama z własnymi myślami. Po kilkunastu minutach postanowiła wstać i zejść na dół. Szybko się ubrała w to, co miała pod ręką i niechlujnie związała włosy. Poszła do kuchni, by zaparzyć sobie melisę i spróbować się uspokoić. Gdy woda się zagotowała, przygotowała gorący napój i usiadła przed telewizorem. Nie miała ochoty nic oglądać, lecz cisza panująca w mieszkaniu stawała się nie do zniesienia. Włączyła pierwszy z brzegu kanał muzyczny i wypiła łyk naparu. Cieszyła się, że została w domu. Nie miała siły jeździć na uczelnię i siedzieć na zajęciach. Nie potrafiła na niczym się skupić, a przebywanie na wydziale wysysało z niej ostatki życia. Wyjrzała przez okno, rozmyślając jak wyglądają ostatnie tygodnie. Oczami wyobraźni widziała jak bez pośpiechu wychodzi z szklanego budynku i nikt na nią nie czeka. Światła uczelni rozjaśniały okolicę, która od dawna była pokryta już mrokiem. Cieszyła się, że po długim dniu wreszcie opuszcza to miejsce, jednak w środku czuła pewną pustkę. Pustkę, wynikającą z braku jego towarzystwa. Spojrzała na zegarek. 20:20. Jeszcze niedawno chłopak unosił się na samą myśl tak późnych powrotów i nie potrafił sobie wyobrazić, żeby o tej porze wracała sama. Wepchnęła dłonie do kieszeni i szybkim krokiem ruszyła w stronę przystanku. Miasto w takich porach wydawało się jej niebezpieczne, a ona czuła się słaba i bezbronna. A przede wszystkim niekochana. Nikt się już o nią nie martwił, nikt się nie przejmował jak sobie radzi, czy nic się jej nie dzieje, czy nic jej nie grozi…
Otrząsnęła się, próbując wyrzucić z głowy nieprzyjemne wspomnienia. Nienawidziła być sama. Za każdym razem, gdy wsiadała do ciemnego tramwaju, przeszywał ją dreszcz. Opierała głowę o szybę, izolując się od otoczenia i zamykała się w świecie własnych myśli. Codziennie podniosła wzrok, gdy mijała znajomy budynek. Robiła to, jakby chciała zobaczyć utęsknioną postać. A może wcale nie chciała? W głębi duszy marzyła, by wsiadł na którymś przystanku i zamarł na jej widok. Pragnęła, by po chwili do niej podszedł, żeby zaczęli rozmawiać i aby wszystko zakończyło się pogodzeniem. Bardzo jej go brakowało. Chciała znów poczuć jego ciepło, oddech, dotyk. Już powoli zapominała barwę jego głosu i iskierki w oczach. Na tę myśl zawsze zaczynała płakać.
Poczuła ulgę, że choroba zmusiła ją do dwutygodniowego przebywania w czterech ścianach. Nie musiała spędzać całych dni na studiach i wracać po nocy do domu.
Nie zauważyła kiedy na zewnątrz zrobiło się jasno, a noc powoli zaczęła zamieniać się w dzień. Zdrętwiała wstała z kanapy, powoli się rozciągając. Wzięła pustą szklankę i ruszyła w stronę kuchni, by wziąć leki. Naszykowała wodę i zaczęła wyjmować kolorowe opakowania.
- Do połknięcia antybiotyk i cztery tabletki. Plus syrop. Całkiem nieźle… – Mruknęła, mając już dość brania takiej ilości chemii. Nadal dusił ją uporczywy kaszel, nie dający spać w nocy, a na dodatek doszło dziwne uczucie w głowie. Zachwiała się i bała się, że upadnie. – Nie jest dobrze…

***

Chodziła bez celu w kółko po pokoju, podchodząc po kolei do każdego z okien. Część jej w środku ciągle czekała. Nadzieja coraz bardziej się wypalała, odbierając siłę do wstawania rano. Wiedziała, że to, czego tak bardzo pragnie, nigdy się nie wydarzy. Wyjęła telefon i podświetliła ekran. Brak nowych wiadomości. Sprawdzała skrzynkę chyba już po raz trzeci w ciągu dwóch minut, co uświadamiało jej w jak beznadziejnym jest stanie. Nieustannie liczyła, że się odezwie i że wszystko będzie tak, jak dawniej.
- Ale nie będzie… – Szepnęła, ocierając wierzchem dłoni spływającą łzę. Nie potrafiła się pogodzić z tym, że to koniec. Bardzo go kochała i była gotowa zrobić dla niego wszystko. Jedyne czego nie potrafiła zrobić, to zapomnieć o nim. Nie mogła wytrzymać dłużej w mieszkaniu. Chwyciła ponownie za komórkę i wybrała dobrze jej znany numer.
- No hej! Co tam? – Usłyszała jak zawsze radosny głos swojej przyjaciółki. Podziwiała od zawsze jej optymizm i wiecznie dobry humor. Zazdrościła jej pozytywnej energii i chciała posiadać choć jej cząstkę.
- Hej, masz dzisiaj czas? – Zapytała niepewnie, przeczesując dłonią wyprostowane wcześniej włosy.
- Znowu się źle czujesz? Dla Ciebie zawsze. Wpadaj kiedy chcesz.
- Dzięki.
Odłożyła telefon i poszła do łazienki, by poprawić makijaż i umyć zęby. Mimo, że były tak bardzo od siebie różne, to dobrze się rozumiały. W każdej sytuacji mogła na nią liczyć. Nie raz leżała u niej na łóżku we łzach, a ona ją słuchała i przytulała. Po chwili zakładała buty i kurtkę, wychodząc z domu na spotkanie.
Szła powoli zamyślona przez miejscowość, całkowicie oddając się swoim myślom. Skręciła w uliczkę, która wywołała w niej mnóstwo wspomnień. Po raz kolejny poczuła ucisk w środku, kiedy przyglądała się budynkowi, w którym mieszka jego ciotka. Westchnęła, opuszczając z rezygnacją ręce i szybko odwróciła wzrok w drugą stronę. Mimowolnie jej wyobraźnia zaczęła układać nierealne scenariusze, w których on jakimś cudem właśnie wychodzi ze znajomego podwórka i widząc ją, podbiega i ją bez słowa przytula. Potrząsnęła głową, jakby chcąc obudzić się z marzeń.
Po kilku minutach znajdowała się przed drzwiami przyjaciółki. Po chwili otworzyła jej śliczna brunetka, jak zwykle z ogromnym uśmiechem na twarzy.
- No cześć, słońce! – Zawołała z radością, całując ją w policzek. Dziewczyna przytuliła ją i odsunęła się zapraszająco na bok. – Jak tam u Ciebie?
- Dobrze. – Uśmiechnęła się krzywo. Widać było, że ciężko jej przychodzi zmuszanie się do kłamstwa. Rozpięła kurtkę i odwiesiła ją na wieszak. – Jak w szkole?
- Zaraz Ci wszystko opowiem. Chodź do kuchni, zrobię nam herbaty i wezmę ciasto. Widzę, że przyda się dzisiaj dużo słodkiego.
Po chwili siedziały już na łóżku, ściskając w rękach gorące kubki. Rozmawiały dwie godziny, by zrobiło się jej choć trochę lżej. W międzyczasie dużo żartowały i przygotowały sobie kilka drinków, żeby zapomnieć na chwilę o troskach i problemach. Atmosfera była coraz bardziej luźniejsza, ale niestety robiło się późno i zbliżał się czas pożegnania. Na samą myśl powrotu do domu i szarej rzeczywistości, łapał ją nerwowy ucisk w żołądku. Wiedziała jednak, że musi się ubierać i wracać do siebie, bo na zegarze dochodziła 22:00.
- Miśku, uciekam już. Dziękuję Ci bardzo za dzisiaj i lecę do domu. – Podniosła się chwiejnie, kierując się w stronę wyjścia. Wypity alkohol zaczął dawać się we znaki. Założyła kurtkę i buty, pocałowała przyjaciółkę na pożegnanie i wyszła na zewnątrz. Zimny wiatr rozwiewał jej włosy, a na policzki wywoływał purpurowy odcień. Szła powoli ciemnymi ulicami i myślała o ostatnich wydarzeniach. Ból przeszywał jej zziębnięte ciało, a tęsknota zdawała się rozrywać serce. Miała ochotę wyciągnąć telefon i do niego napisać. Albo zadzwonić. Usłyszeć ten ukochany głos, który zawsze dawał ukojenie i uśmiech. Chciałaby, żeby odebrał i powiedział, że za nią tęskni. Żeby ją skrzyczał, że chodzi sama o tej porze, że za dużo wypiła i jest nieodpowiedzialna. Wiedziała, że nie może się do niego odezwać. Było jasne, że jej nie odpisze i zignoruje połączenie. Alkohol miał dzisiaj pomóc zapomnieć o dręczących ją smutkach. Osiągnęła odwrotny efekt.

Siadała w oknie

Siedziała na parapecie, wpatrując się z zamyśleniem w niebo. Był wieczór, dookoła wszystko zasnute było powłoką ciemności, przez którą przebijało się z trudnością światło ulicznych lamp. W domu panowała niezachwiana niczym cisza, która pogłębiała uczucie samotności. Było jej zimno. Zsunęła się powoli na podłogę i ruszyła w kierunku kanapy, na której leżał jej ulubiony koc. Owinęła się nim, jakby chciała odciąć się od otaczającej ją rzeczywistości i wróciła na poprzednie miejsce. Wbiła wzrok w widoczną przez okno bramę podwórka, jakby liczyła, że coś tam się pojawi. Liczyła. Nie na coś, a na kogoś.
- Boże, jestem taka głupia. Przecież on nie przyjedzie. – Skarciła samą siebie i znowu zeskoczyła na podłogę. Postanowiła zejść na dół i zrobić sobie wielki kubek ciepłej herbaty. Odgłos jej kroków delikatnie uniósł się przez puste mieszkanie.
- Nienawidzę siedzieć sama. – Mruknęła pod nosem, zapalając światło w kuchni. Podeszła do kuchenki, wstawiła wodę i naszykowała szklankę. Po kilku minutach wracała na górę z gorącym napojem. Wypiła łyk, jakby chcąc w ten sposób rozgrzać się od środka. Bezskutecznie. Nadal było jej przeraźliwie zimno. Całe życie była strasznie nerwowa, a na stres reagowała dreszczami i bólem brzucha. Herbata na pewno nie była w stanie jej ogrzać.
- Tylko on potrafi. Proszę, niech przyjedzie…
Gdy było jej źle, często mówiła sama do siebie. Był to jej osobisty sposób, by rozładować emocje. Miała w zwyczaju zwierzać się czterem ścianom ze swoich uczuć. Czuła się niezrozumiana i odrzucona przez cały świat. Na pomoc rodziców nie mogła liczyć. Starali się jej dać wszystko, czego potrzebowała, ale nigdy nie dali jej wsparcia w problemach i smutkach. Co więcej, zawsze jeszcze pogarszali jej samopoczucie kąśliwymi komentarzami i uwagami, że do niczego się nie nadaje. Wystarczyło jedno ich słowo, by rozleciała się na milion małych kawałków. Jedno słowo, by przepłakała pół nocy lub dnia.
Dlatego tak bardzo go pokochała. Okazał jej zainteresowanie, rozmawiał z nią, poświęcał swój czas. W momencie ją ujął, gdy mówił jej, że jest piękna i wspaniała. Nigdy wcześniej nie usłyszała tylu dobrych rzeczy na swój temat. Była stęskniona akceptacji i zrozumienia. A on jej to dawał. Zawsze ją wspierał, pocieszał, ocierał łzy, stawiał na nogi. Ciągle powtarzał ”dasz radę”, ”jesteś cudowna, najlepsza”, ”Twoi rodzice się mylą”. Gdy tylko miała jakiś problem, wiedziała, że może na niego liczyć. Mogła przyjść nawet z największą głupotą. Pisała do niego po każdej kłótni z rodzicami. Jak płakała, dzwonił do niej i rozmawiał z nią, dopóki nie przestała i się nie śmiała.
- Dlaczego już tak nie jest? – Szepnęła cicho, ściskając w dłoniach rozgrzany kubek. – Czemu teraz płaczę przez niego równie często, jak przez rodziców?
Kiedyś tak nie było. Dawniej na każdym kroku mówił jej, że ją kocha, że jest najlepszym, co go w życiu spotkało, że nigdy nie poznał lepszej dziewczyny. Ale to się skończyło. Podeszła znowu do okna, mimowolnie kierując wzrok w kierunku bramy. Wiedziała, że czekanie jest bez sensu.
- Na pewno gdzieś wyszedł, pojechał, dobrze się bawi. A Ty kretynko jak zawsze masz nadzieję, że przyjedzie. – Westchnęła głośno, z trudem opanowując łzy. Zdawała sobie sprawę, że wychodziła na naiwną, ciągle wyglądając za szybę, ale nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Bez przerwy liczyła, że chłopak się pojawi i ją przeprosi.
- Przeprosiny? Żeby kogoś przeprosić, trzeba widzieć swoje błędy i ich żałować.. – Po raz kolejny usiadła na parapecie, odstawiając pustą już szklankę na stolik. Nie umiała nie czekać. Mimo wszystko nadal w niej tliła się nadzieja, że nie spędzi tego wieczoru samotnie. Prosiła w myślach, by rozległo się pukanie do drzwi. Nadaremnie.
Skończyły się komplementy, dobre słowa. Dawny urok prysł. Kochała go nadal niezmiennie, a właściwie z każdym dniem coraz bardziej. Sama nie była idealna i popełniała błędy, była tego świadoma, ale dlaczego tak często zwracał uwagę jej, a sam zachowywał się jak kompletny idiota?
Zmieniła się. Zrozumiała wiele rzeczy, uświadomiła sobie, jak bardzo jej na nim zależy. Nie czuła tego samego od niego. On też się zmienił. Ale na gorsze…
- Widać wpływ rozpuszczonego braciszka i kolegów. – Rzuciła z sarkazmem, napełniając się złością na myśl o jego otoczeniu. Nienawidziła jego towarzystwa, mimo, że słabo je znała. Bardzo chciała, by obok niego były rozsądne i odpowiedzialne osoby. Niestety…
- Czy każdy facet musi się tak zmieniać? Czemu oni tylko na początku są tacy kochani, a potem mają nas gdzieś?
Chyba nic jej bardziej nie przybijało jak to, że on nie widział swoich błędów. Tyle razy tłumaczyła, chciała rozmawiać, mówiła o tym, co ją boli, denerwuje. On nic. Jak do ściany. Jeszcze kilka miesięcy temu taki nie był. W ostatnim czasie sporo się kłócili, to prawda, ale to nie powód, by tak traktować drugą osobę. Kiedyś przejmował się jej łzami, przepraszał, obiecywał poprawę. A teraz? Obecnie mogła płakać nawet na jego oczach, a jego to nie ruszało. Uważał, że się czepia i wymyśla.
Gdzie podziały się te chwile, gdy pisał do niej całymi dniami, interesował się co robi i jak się czuje, martwił się, wysyłał urocze wiadomości, pisał na dzień dobry i dobranoc, powtarzał, że ją kocha i był czuły? Prawie zapomniała jak to było. Już dawno nie rozmawiali tak swobodnie, jak dawniej. Nie pamiętała już jak to jest dostać miłego smsa na przywitanie. Doszło do tego, że przestała pisać mu, że go kocha, bo bała się odpowiedzi.
Postanowiła się położyć. Była już zmęczona tym wszystkim. Stanowczo za dużo myślała, wszystkim się przejmowała. Weszła do sypialni, przebrała się i usiadła na wygodnym łóżku. Pogładziła dłonią miękką pościel, a po jej policzkach zaczęły toczyć się krople łez. Nie miała już siły. Chciała, by było dobrze, jak kilkanaście tygodni temu. Pragnęła mieć dawnego chłopaka, który był dla niej dobry i obok, i na odległość. Nie rozumiała czemu na spotkaniach jest tak miło, a gdy on wraca do domu, to wstępuje w niego inny człowiek. Czemu był dla niej taki chłodny, zdystansowany? Zwinęła się w kłębek i przykryła fioletową kołdrą. Szybko zasnęła. Kilka nieprzespanych nocy zrobiło swoje.

***

Idzie do niej ze swoim typowym, czarującym uśmiechem. W ręku niesie piękny bukiet kwiatów. Podchodzi, a pod nią miękną nogi. Całuje ją delikatnie w usta i mówi, że pięknie wygląda. Jest taka szczęśliwa. Przytula ją i gładzi po włosach. Szepcze, że ją kocha i że jest cudowna…

***

Budzi się, mocno wtulając się w poduszkę. Sen. To był tylko sen. Momentalnie robi jej się zimno i strasznie smutno. Jej ciałem wstrząsa dreszcz, a oczy napełniają się łzami. Ostatnio często zaczyna dzień od płaczu. Sięga po telefon, leżący obok. Zegar pokazuje 6:00. Wczesna pora nie przyciągnęła jej uwagi. Nie napisał żadnej wiadomości…
Szybko wstaje, by za dużo nie myśleć. Ubiera się i zbiera włosy w niechlujny kucyk. Przywołuje na twarz fałszywy uśmiech i powoli schodzi po schodach. Na dole siedzą już rodzice, którzy najwidoczniej nie mogli spać.
- Hej. – Rzuca szybko i kieruje się do toalety, nie mając najmniejszej ochoty na wdawanie się w rozmowy o niczym. Przemywa twarz tonikiem, przegląda się chwilę w lustrze i idzie do kuchni. Nie ma ochoty nic jeść, przygotowuje sobie tylko szklankę melisy i kieruje się z powrotem do siebie.
- Mam sporo lekcji i nauki, więc będę siedzieć na górze. – Skłamała, by mieć czas dla siebie i swoich myśli. Nie czekając na odpowiedź zniknęła na piętrze i wróciła do sypialni. Poczuła ulgę. Cieszy się, że będzie mogła spędzić sama kilka godzin pod pretekstem notatek i kolokwium. Z rozmyślań wyrwał ją cichy dźwięk wibracji telefonu, leżącego na szafce obok łóżka. Pośpiesznie odstawiła gorący kubek i prawie rzuciła się na komórkę. On. Miała nadzieję, że to on. Nie pomyliła się. Na ekranie widniała żółta koperta z podpisem ”kochanie”. Jednak się zawahała. Zaczęło kłębić się w niej wiele emocji. Znowu zrobiło się jej niedobrze.
”Co tam?”
Parsknęła do siebie i rzuciła telefon na łóżko, opadając obok niego.
- ”Co tam”? Milczy tyle czasu, zachował się jak debil, a teraz pisze po prostu ”co tam”? – Zdenerwowała się. Miała ochotę wysłać mu soczystą w epitety wiadomość, ale wiedziała, że to nic nie da. Zaraz pokłócą się po raz milionowy, a on jak zwykle nic nie zrozumie. Zapewne odwróciłby kota ogonem i stwierdził, że to ona jest tą złą i na dzień dobry ma jakieś pretensje. Posiedziała chwilę, bijąc się z myślami co odpisać i czy w ogóle coś mu odpowiedzieć.
”W porządku, a u Ciebie?”
Pociągnęła łyk melisy, licząc, że uspokoi jej nerwy. Szybko nadeszła odpowiedź.
”To się rozpisałaś. Właśnie wstałem.”
- Tak samo jak i Ty… – Burknęła pod nosem. Tak bardzo chciałaby z nim normalnie porozmawiać jak dwoje dorosłych ludzi. Wyjaśnić, wytłumaczyć, wspólnie zrobić coś, by było dobrze jak dawniej. On nie chciał i nie umiał rozmawiać. Zawsze siedział cicho i wyglądał na znudzonego, często nawet spoglądał w trakcie w telewizor. Nawet nie potrafił na kilka minut usiąść i jej wysłuchać. Nie miała ochoty mu odpisywać. Odłożyła komórkę i stwierdziła, że pójdzie pooglądać telewizję, by zająć głowę czymś innym. Usiadła na kanapie, przykryła się niebieskim kocem i przytuliła do pluszowego misia. Pamiętała, gdy jej go dawał. Kiedyś był taki uroczy… Szybko otrząsnęła się z niepotrzebnych myśli i chwyciła za pilota.
Nie potrafiła skupić się na żadnym programie. Z rezygnacją wyłączyła telewizor, wtulając się mocniej w maskotkę. Zaczęła odpływać w krainę swojej wyobraźni. Bardzo często to robiła. Uwielbiała wymyślać różne sytuacje.

***

Rozległo się pukanie. W środku niej aż coś podskoczyło. Serce zaczęło jej szybciej bić, jakby miała nadzieję, że to on. Nadstawiła uszu i czekała aż przybysz się odezwie, by można było go zidentyfikować. Słyszała jak mama wstała, by otworzyć drzwi. Tak, to on. Zrobiło się jej słabo z nerwów, nie wiedziała czego się spodziewać. Po mieszkaniu rozniósł się dźwięk kroków, stawianych po schodach. Zaraz się tu pojawi…
- Hej… – Odwróciła się w stronę tak dobrze jej znanego głosu. Matko, jaki on miał cudowny głos… Starała się zachować dystans. Gestem ręki zaprosiła go, by usiadł na kanapie. Zza pleców wyciągnął piękną, czerwoną różę i lekko się uśmiechnął. Koniec, była już jego. Cały jej zaplanowany chłód w jednej sekundzie zniknął. Mimowolnie odwzajemniła uśmiech, a wszystko w niej zaczęło aż skakać z radości.
- Przepraszam… – Spuścił wzrok w dół, jakby ukrywając zawstydzenie. Był taki uroczy, gdy się denerwował. – Wiem, że zachowałem się kawał chuja. A właściwie zachowywałem, bo to nie był jeden wybryk. Nie wiem jak możesz ze mną być. Podziwiam, że mnie kochasz.
Przerwał, podnosząc powoli głowę. Mówił szczerze. Cały jej gniew i żal wyparował.
- Wiem, że źle postępowałem. Krytykowałem Ciebie, a sam zrobiłem to samo. Nie wiem co mi odbiło. Przepraszam. Kocham Cię.
Zrobiło się jej niesamowicie ciepło na sercu. Była szczęśliwa. Mocno się do niego przytuliła, roniąc łzy radości. Odwzajemnił uścisk, całując ją delikatnie we włosy..

***

- Obiad! – Dobiegł z dołu krzyk taty, wyrywając ją z marzeń. Nie była głodna. Nie chciała jeść. Chciała tylko, by jej wyobrażenia przeniosły się do świata realnego. Dlaczego nie może być tak, jak w jej myślach? Wiedziała tylko, że bardzo go kocha. Wzdrygnęła się na myśl brutalnego wyrwania ją z idealnego świata jej wyobraźni i wyjrzała za okno. W jednej chwili zechciała uciec. Pojechać gdzieś daleko, odpocząć od tego wszystkiego.

***

Siedziała na ławce przed dworcem. Zza dużego kaptura ledwo widać było jej twarz. Było zimno, nie czuła dłoni. Wyjęła z kieszeni telefon. Właśnie powinna kończyć zajęcia. Wyłączyła komórkę i zaczęła przyglądać się bezlistnym już drzewom, na których siedziały gołębie. Miała nadzieję, że ktokolwiek przejmie się jej nagłym zniknięciem. ”Ktokolwiek”. Analizując to słowo, doskonale wiedziała co tak naprawdę się za nim kryje. Poruszyła się nerwowo, jakby chcąc odgonić niechciane myśli, mogące wywołać łzy. Musi to zrobić, żeby zobaczyć komu na niej zależy. Poprawiła nogawkę spodni, która podniosła się przez buty, sięgające za kostkę. Idealnie przykrywały dwie blizny, które są symbolem jej bezsilności i nie umiejętności radzenia sobie bez niego. Na stację powoli podjechał ociężały pociąg. Złapała plecak, zsunęła szybko kaptur z głowy i ruszyła w kierunku wejścia.

***

Rozejrzała się dookoła. Wszędzie nieznajome, zajęte sobą twarze. Lekko się uśmiechnęła, chowając dłonie do kieszeni kurtki. Podobało się jej to. Cieszyła się, że nikt jej tu nie zna i nikt nie będzie oceniał jej zachowania. Wiedziała, że nie postąpiła odpowiedzialnie, ale musiała uciec. Nie miała już siły, potrzebowała odpocząć, zdystansować się. W nikim nie miała oparcia. Ruszyła powoli przed siebie przez szare, brudne miasto.
- Ciekawe czy się w ogóle zorientował, że od 2 dni milczę… – Szepnęła niemal bezgłośnie, spuszczając wzrok w zaniedbany chodnik. Obawiała się, że nikt się o nią nie martwi. Że on się o nią nie martwi… – Pewnie cieszy się, że nie zawracam mu głowy. Wyjścia, koledzy, koleżanki.
Nie chciała o tym myśleć. To była jedna z rzeczy, która bolała ją najbardziej. Zazdrość. Destrukcyjne, zżerające ją od środka palące uczucie. Jej oczy automatycznie się zaszkliły. Chciała być dla niego najważniejsza, najważniejsza na świecie. Zawsze marzyła o wiernym, lojalnym chłopaku, który chciałby dać jej gwiazdkę z nieba. Czy takie rzeczy są jeszcze możliwe w tym zakłamanym świecie?
Mijała nieznajome budynki, przemierzała nieznajome ulice. Robiło się coraz ciemniej i chłodniej. Wiatr rozwiewał jej delikatne, jasne włosy. Była już zmęczona. Gdzie się podzieje – nie zaprzątała sobie tym głowy. Chciała tylko wszystko sobie przemyśleć i poukładać.
Od zawsze była bardzo wrażliwa, co ją męczyło. Analizowała dokładnie każde słowo, wszystko brała do siebie, często było jej źle i smutno. Czasem wolałaby być z kamienia i nic nie czuć. Jednym słowem można było wyprowadzić ją z równowagi, jak i doprowadzić do płaczu. Miała dość swojej emocjonalności, którą niszczyła ją od środka.
Postanowiła włączyć telefon. Była ciekawa czy chłopak się nią zainteresował i czy zauważył, że zniknęła. Na ekranie komórki zaczęły pojawiać się nieodebrane połączenia i wiadomości od rodziców. Nie było ani jednej od niego…
Wystukała szybkiego smsa do mamy, żeby się nie martwili, że niedługo wróci i jest cała i zdrowa. Czy na pewno?
Wyłączyła w pośpiechu z powrotem telefon i wsunęła go do kieszeni. Wszystko ją bolało. Każda cząstka jej ciała krzyczała z bólu. Nie był to jednak ból fizyczny. Cierpiała psychicznie. Wykończona zrzuciła plecak z ramion i usiadła na krawężniku. Dookoła robiło się pusto, ludzie powoli znikali z ulic. Miała czas tylko dla siebie. Siebie i swoich myśli.
Czuła się odrzucona. Od dłuższego czasu miała wrażenie, że nikt jej nie rozumie. Rodzice od lat powtarzali, że jest nikim, że mają jej dość. Płakała całymi wieczorami i nocami. Kiedyś byli z niej dumni. Każdy powtarzał, że jest grzeczna, że dobrze się uczy, że jest uzdolniona. Przynosiła do domu same piątki, nagrody, dyplomy z konkursów. Wtedy wszystko było inne. Mama nie krzyczała, tata nie krytykował. Teraz na porządku dziennym były kłótnie, wyzwiska, mocne słowa. Starała się jak mogła, a i tak nikt tego nie doceniał. Wiedziała, że daleko jej do ideału, że wielu rzeczy nie potrafi zrobić, że nie jest tak samodzielna, jak byli rodzice w jej wieku. Mimo wszystko przeszywał ją ból, gdy po raz kolejny słyszała, że lepiej by było, gdyby się wyprowadziła, że nikt jej tu nie chce. Powinna do tego przywyknąć i już na to nie reagować, ale za każdym razem to raniło tak samo mocno.
W takich chwilach tylko on był dla niej oparciem. Zawsze był przy niej, pocieszał ją, robił wszystko, by uwierzyła w siebie. Wysłuchiwał jej, przytulał, gładził po włosach, całował w czoło, a gdy był daleko, od razu dzwonił i rozmawiał z nią dopóki nie zaczęła się śmiać. Dziś jest inaczej. Nie pamiętała już kiedy ostatnio on rzucił wszystko, gdy było jej smutno, by z nią pogadać o niczym przez telefon. Kilka miesięcy temu, gdy było jej źle, czytała motywujące wiadomości, że jest aniołem, chodzącym ideałem, że jeśli ktokolwiek mówi inaczej, to jest w błędzie. Boże, jak ona tęskniła za takimi słowami…
Nie pomagał jej. Nie chciał czy już nie umiał – nie wiedziała. Doskwierał jej jakiś dziwny rodzaj samotności, który gdy się nasilał sprawiał, że nie ruszała się z pokoju i z nikim nie rozmawiała. Tęskniła za tym, jak było dawniej. Brakowało jej ciepła, czułości, słodkich słów, miłych rozmów. Można byłoby ją nazwać typową kobietą, która przywiązuje zbyt dużą wagę do błahostek i wymaga wiecznego zainteresowania, lecz takie określenie byłoby dla niej krzywdzące. Była po prostu słaba. Słaba przez brak wiary w siebie, słaba przez kompleksy. Potrzebowała zapewniania o uczuciach, bo nie była w stanie pojąć jak można ją choć trochę lubić. Po kilku latach uwierzyła rodzicom, że jest beznadziejna i że do niczego się nie nadaje. Nie ufała ludziom, gdy mówili, że ją kochają. Uważała, że jej nie da się jej kochać.
Jej ciało przeszył dreszcz. W jej głowie kłębiło się milion myśli i uczuć, których nie była w stanie ogarnąć. Chciała tylko czuć się akceptowana i chciana. Nie była w stanie zahamować łez. Miała piękny kolor oczu, gdy płakała.

***

Siedziała na ławce, wbijając tępo wzrok w ziemię. Duży kaptur zasłaniał jej zapłakaną twarz i rozmazany makijaż. Ból pulsował w skroniach, łącząc się z uciążliwym uczuciem zmęczenia. Od dawna nie spała, nie jadła. Jedyne czego chciała, to żeby znalazł się obok niej i mocno ją przytulił. Tylko on samym dotykiem potrafił odgonić wszystkie smutki i zmartwienia. Ludzie stojący z boku nazwaliby ją zapewne niepoprawną romantyczką, która oczekuje na księcia z bajki, który będzie się o nią starał do końca dni. Coś w tym było. Wiedziała, że jej marzenia nijak się mają do szarej rzeczywistości. Wszyscy walczą o wykształcenie, pieniądze, pracę, karierę – w takim świecie nie ma miejsca na miłość. W każdym związku przychodzi monotonia, zanikają miłe gesty, komplementy.
- Ale ja tak nie chcę… – Szepnęła, chowając twarz w dłonie. Była tak krucha i uczuciowa, że każdy twórca mógłby umieścić ją w jakiejś bajce, ale w prawdziwym życiu? Tutaj nie było dla niej miejsca. Wiedziała, że żyje złudzeniami, wyobrażeniami małej dziewczynki o rycerzu na białym koniu, ale jej te wizje bardzo się podobały. Jedyne o czym marzyła w życiu, to prawdziwa, jedyna miłość, mężczyzna, który będzie ją szanował, nosił na rękach i zrobi dla niej wszystko. – Takich chyba nie ma. Każdy się stara tylko na pocżątku, potem uważają, że już nie muszą, bo przecież z nimi jesteśmy. Nie warto być czułym, strata czasu.
Nigdy nie oczekiwała kolacji w restauracjach czy bukietów kwiatów co tydzień. Liczą się codzienne, małe gesty, które pokazują, że drugiej osobie na nas zależy. Której dziewczynie nie jest miło, gdy jej chłopak ma ją na tapecie na telefonie? Której nie robi się ciepło, gdy całuje ją w czoło przy innych? To wszystko wydaje się takie błahe… Błahe dla panów. Kobiety zwracają uwagę na nawet najmniejsze kwestie i każda czuje się szczęśliwa jak mała dziewczynka, gdy jest uroczo zapisana w telefonie ukochanego i dostaje miłe wiadomości na dzień dobry.
Wstała, rozporstowując zdrętwiałe ciało. Zsunęła kaptur i złapała plecak, kierując się w stronę dworca. Zastanawiała się co tak naprawdę ją męczy. Chciała podsumować swoje uczucia, ale przychodziło jej to z olbrzymim trudem. Jedyne co było jasne to fakt, że go kochała. Nigdy w życiu nie czuła czegoś tak silnego. Martwiła się o niego na każdym kroku, bała się, że stanie mu się jakaś krzywda, a tego nie byłaby w stanie znieść. Jak nie dawał znaku życia przez kilkanaście minut to zaczynała wariować ze strachu, dlatego tak bardzo denerwowała się, że jest lekkomyślny i nie uprzedza, że nie może pisać. Tęskniła za nim zawsze, gdy się nie widzieli, chcąc się do niego przytulić i poczuć jego ciepło. Gdy się kłócili, czuła się potwornie i płakała całymi wieczorami. Nie potrafiła normalnie funkcjonować, gdy się nie odzywali. Zawładnął całkowicie jej myślami i sercem. Często siadała z kubkiem gorącej herbaty i myślała jak to możliwe, że tak bardzo jej na nim zależy. Ściskało ją coś w środku i wtedy wiedziała, że to ten. Nie wyobrażała sobie bez niego życia i chciała je całe spędzić z nim. Co wieczór, kładąc się spać, wybrażała sobie, że się jej oświadcza. Zdawała sobie sprawę, że to głupie, ale jedyne czego chciała, to by był zawsze obok niej. Dzięki niemu żyła, budziła się rano, chodziła na uczelnię, uczyła się, radziła sobie z problemami. Chciała żyć z nim w mydlanej bańce, gdzie nikt nie zakłóci im szczęścia, gdzie będą się kochać i wspierać. Codziennie bała się, że ktoś go odbierze, że inna zobaczy w nim to, co zobaczyła ona. Płakała, słysząc o wszystkich koleżankach, nie była w stanie znieść w jego pobliżu obecności żadnej innej dziewczyny. Chciałaby by był tylko jej, a ona tylko jego.

***

Uśmiechnęła się łagodnie, naciskając na dzwonek. Cała promieniowała od środka, a jej oczy błyszczały z radości. Drzwi się powoli uchyliły.
- Cześć kochanie. Kocham Cię.
- Co Ty tutaj robisz? – Rzucił z wyrzutem. Widok grymasu na jego twarzy szybko sprowadził ją na ziemię. Szczęście szybko się rozmyło.
- A a ale… – Jąkała się z nerwów, a jej dłonie zaczęły drżeć. Nie rozumiała o co chodzi. Czemu wita ją w taki sposób? Dlaczego nawet trochę nie ucieszył się na jej widok?
Dłuższą chwilę stali w milczeniu, przyglądając się sobie w skupieniu. Nie wytrzymała jego zimnego spojrzenia, wbiła wzrok w ziemię, próbując hamować łzy. Chciało się jej płakać, choć jeszcze nie wiedziała jaki jest tego powód. Wysunął się do przodu, zamykając cicho za sobą drzwi.
- No pytam, po co przyjechałaś?
- Myślałam…
- Co myślałaś?
Chłód, bijący od niego skutecznie zbił ją z tropu. Stała przed nim zupełnie zdezorientowana i nie wiedziała co powiedzieć. Miała nadzieję, że ich spotkanie będzie inaczej wyglądać.
- No słucham. – Powiedział twardo, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Tak bardzo chciałaby, by ją teraz przytulił…
- Przyjechałam, bo… Bo chciałam Cię zobaczyć..
- Zobaczyłaś już, coś jeszcze? – Oparł się plecami o ścianę domu. Był taki… Inny. Obcy. Nie poznawała go. Gdzie się podział ten ciepły, kochany chłopak, który zawsze cieszył się na jej widok? Stali kilka minut w ciszy, którą nagle przerwał jego szorstki głos.
- Słuchaj, nie wiem w jakim celu tutaj przyszłaś. Nikt Cię tu nie chce. Rozumiesz?
Myślała, że się przesłyszała. Patrzyła na niego w szoku, nie mogąc opanować dreszczy. Czy on to powiedział naprawdę? Szybko odwróciła się i pośpiesznym krokiem wyszła z jego podwórka. Słyszała za plecami dźwięk zamykanych drzwi. To koniec. On naprawdę jej już nie chce. Nie była w stanie dłużej hamować łez, zaczęła biec, by jak najszybciej znaleźć się gdzieś daleko. Daleko od tego miejsca.
Po kilkunastu minutach opadła z sił, przystając na chwilę na poboczu ruchliwej drogi. W jednej chwili zawalił się jej cały świat. Jedyna osoba, w której miała oparcie, jedyny człowiek, który był dla niej lekiem na każdy smutek, zostawił ją. Zostawił ją zupełnie samą. To uczucie przygniatało jej delikatne serce. Nie potrafiła znieść bólu, jaki zadały jego słowa. ”Nikt Cię tu nie chce” – ciągle kołatało echem po jej głowie. W sekundzie zrobiło się jej słabo, a świat rozmył się za czarną powłoką.

***

Wzdrygnęła się. Skronie pulsowały z bólu, a zmęczone oczy nie mogły przyzwyczaić się do jasnego światła. Gdzie ona jest?
- No w końcu, witam wśród żywych. Jest pani w szpitalu, zemdlała pani, idąc poboczem. Jakiś kierowca zatrzymał się i wezwał pogotowie. – Usłyszała skądś męski głos. Odwróciła z trudem głowę, by móc przyjrzeć się miejscu, w którym jest. Wszędzie rażąca oczy, przeraźliwa biel. Zmrużyła powieki, nie mogąc znieść kolorystyki sali, w której leżała.
- Długo tu jestem? – Rzuciła, poprawiając się na łóżku. Lekarz zbliżył się powoli, tak, że mogła w końcu zobaczyć z kim rozmawia.
- Kilka godzin. Zawiadomiliśmy pani rodziców. Poszli po kawę. Widać, że bardzo się o panią martwią.
- Taa, na pewno.. – Mruknęła, próbując się podnieść. Szybko położyła się z powrotem, czując ból w każdej części ciała. – Kiedy stąd wyjdę? Przecież nic się nie stało.
- Musimy zrobić podstawowe badania. Ludzie nie mdleją bez powodu. – Mężczyzna lekko się uśmiechnął, poprawiając stetoskop, wiszący na szyi. Myślała, że takie widoki spotykane są tylko w amerykańskich serialach. Nie miała zamiaru jednak tego roztrząsać, przewróciła się z wysiłkiem na bok i zamknęła oczy. Zasnęła.
- Jesteś! – Obudził ją okrzyk ulgi. Ile spała? Na pewno czuła się jeszcze gorzej niż w trakcie rozmowy z lekarzem. Z grymasem na twarzy zmieniła wolno pozycję, by móc zidentyfikować gościa. Była tak zaspana, że nie była w stanie wyłapać barwy głosu.
- Co się stało? Jak się czujesz?
Uszczypnęła się lekko w nogę, bo sprawdzić czy na pewno nie śpi. Co on tutaj robi? Chyba musi naprawdę być chora, skoro ma już takie omamy. Wpatrywała się w niego tępym wzrokiem.
- Hej, czemu nic nie mówisz? Słabo Ci? – Podszedł szybko do niej, siadając na brzegu łóżka. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Mierzyła go wzrokiem, jakby analizując czy to sen, czy jawa.
- Co tutaj robisz? Nikt tutaj Cię nie chce. – Powiedziała po chwili, zachowując kamienną twarz. Wiele ją kosztowało, by się nie rozpłakać. Westchnął, spuszczając wzrok w szpitalną pościel.
- Martwię się o Ciebie… -Szepnął, łapiąc ją za rękę. Nie była w stanie tego wytrzymać. Wyrwała dłoń, a po jej twarzy spłynęły strumienie łez.
- Martwisz się?! Ty się martwisz? Żartujesz sobie? Nie masz powodu, żeby się martwić! Od dawna Cię nie interesuję, nie obchodzi Cię to, jak się czuję i co się ze mną dzieje! – Była w szoku swoim wybuchem, ale wiedziała, że musi z siebie wyrzucić wszystko, co ją od tak długiego czasu męczy. – No co się tak patrzysz? Po co tutaj w ogóle przyszedłeś? Nie powinno Cię tutaj być.
Patrzył na nią w milczeniu, zdziwiony jej gwałtownością. Zawsze była taka spokojna, lubiła dużo rozmawiać, wyjaśniać. Wiedział, że dużo ostatnio się zmieniło. Był też świadomy tego, że ta zmiana jest przez niego.
- Przyszedłem tutaj, bo jesteś nadal dla mnie ważna… Nie chcę Cię tracić.. Ale…
- Ale co? Ale nie będziemy razem? Zostańmy przyjaciółmi? Daruj sobie i wyjdź stąd! – Krzyknęła, zanosząc się coraz bardziej płaczem. Myślała, że za moment ból rozerwie jej serce. Kochała go. Tak bardzo go kochała. A jego to tak bardzo nie obchodziło…
Nie czekając na jego reakcję, przykryła się kołdrą i odwróciła do niego plecami. Nie chciała, żeby dalej patrzył jak płacze. Wstydziła się tego, że tak strasznie potrzebuje kogoś, kto nie potrzebuje jej. Chciała, by stąd jak najszybciej wyszedł.
Słyszała jego oddech, chyba nad czymś jeszcze myślał. Po chwili poczuła jak wstaje i powoli kieruje się do wyjścia. Gdy jego kroki ucichły, rozpłakała się jeszcze bardziej.
Czuła się niechciana i niekochana. Miała wrażenie, że nikomu na niej nie zależy i że nikt jej nie potrzebuje. Była taka słaba i nie potrafiła poradzić sobie z poczuciem pustki. Łzy nie dawały już ulgi, a na rozmowy nie miała od dłuższego czasu ochoty. Poza tym, z kim miałaby rozmawiać? Jedyną osobą, której się zwierzała, był on. Tylko on jej wysłuchiwał, wspierał ją, pocieszał, podnosił na duchu, mówił coś miłego, by uwierzyła w siebie. Teraz została ze wszystkim zupełnie sama, a była typem osób, który z niczym nie dawał sobie sam rady. Potrzebowała ciepła i bliskości drugiego człowieka, by móc normalnie funkcjonować. Straciła już motywację do działania. Straciła swoje osobiste paliwo. Nikt jej nie kochał. Przestawała wierzyć w miłość. Chyba tylko ona jedna wie, co znaczy kochać i nie móc bez kogoś żyć. Bolało ją, że nikt nie ma takich odczuć w stosunku do niej. Musiała czuć się kochana, bo inaczej umierała.
Coraz częściej płakała, coraz częściej rozmyślała o samobójstwie. Myśli te męczyły ją z każdym dniem coraz bardziej. Czy ktokolwiek by za nią zatęsknił? Kto by zapłakał? Odnosiła wrażenie, że wszystkim żyłoby się bez niej lepiej. Gdyby nie była takim tchórzem, już dawno znalazłaby się po drugiej stronie. Nie chciała żyć. Nie chciała takiego życia. Była zwykłą, przepełnioną smutkiem dziewczyną, której nikt nie potrzebował. Drugą kwestią, która zaprzątała jej myśli, była ucieczka. Bała się skończyć ze sobą, więc od kilku dni planowała znowu się spakować i pojechać gdzieś daleko.
Czy to już depresja? Wielu by się pewnie zastanawiało. Było jej ciężko, bo uświadomiła sobie, jak bardzo jest beznadziejna i że nikt jej nie kocha. A z tą świadomością nie potrafiła sobie poradzić.

Marzenia czasem się spełniają

Obejrzała się szybko za siebie, mając wrażenie, że ktoś za nią idzie. Pusto. Odetchnęła z ulgą, odgarniając długie włosy na plecy. Zawsze bała się chodzić sama wieczorem, ciemność wydawała się jej czymś groźnym i niebezpiecznym. Potrzeba wyrwania się z domu była jednak silniejsza niż strach, dlatego szła właśnie przed siebie, otulona delikatnym, ciepłym wiatrem. Rozpięła czarną, skórzaną kurtkę, wpychając dłonie w kieszenie spodni. Cieszyły ją wyjątkowo wysokie temperatury jak na grudzień, mogła dzięki nim z przyjemnością spacerować po miasteczku. Dookoła panowała cisza, zakłócana jedynie równomiernym stukotem jej obcasów.
- Kiedyś by mnie zabił za włóczenie się o tej porze… – Mruknęła pod nosem, wbijając wzrok w szary chodnik. Coraz częściej łapała się na mówieniu do samej siebie. Wszystko za bardzo ją przytłaczało i nie umiała już z nikim rozmawiać. Serce ścisnęło ją na wspomnienie chłopaka. – Jeszcze niedawno tak bardzo się o mnie martwił. Teraz gdyby dowiedział się, że zamiast siedzieć w domu, łażę gdzieś po nocy, to by miał to gdzieś lub nie uwierzyłby, że wyszłam o tej porze. Tak czy siak, nie przejęłoby to go…
Wyjęła z kieszeni telefon i podświetliła ekran, by sprawdzić która jest godzina. 22:16, czas powoli wracać. Prawie półtorej godziny temu wyszła od przyjaciółki i zamiast kierować się do domu, postanowiła pospacerować w ciszy i samotności. Zdziwiła się, że rodzice jeszcze do niej nie zadzwonili.
- Nawet oni przestają się mną interesować…
Przyśpieszyła kroku, skręcając w ulicę, przy której mieszka. Z daleka widziała zarys budynku, w którym za kilka minut się znajdzie. Na samą myśl głośno westchnęła, opuszczając z rezygnacją głowę. Nie miała ochoty wracać.
Delikatnie przekręciła klucz w zamku i otworzyła powoli drzwi. W mieszkaniu panował mrok i przytłaczająca cisza. Próbując nie zwracać uwagi na nerwowy ucisk w żołądku, weszła ostrożnie do środka, nie chcąc obudzić domowników. Zapaliła światło i leniwie ściągnęła czarne buty. Podniosła głowę, mimowolnie kierując wzrok na lustro, wiszące na przeciwko. Wyprostowała się i zaczęła obserwować swoje odbicie. Zmęczone, niebieskie oczy, rozmazany tusz, poplątane jasne włosy. Jej uwagę przyciągnęły zaciśnięte usta. Nie pamiętała już kiedy się uśmiechały. Zsunęła kurtkę z ramion i położyła ją na szafce. Była wykończona. Poszła do łazienki zmyć makijaż i postanowiła od razu położyć się do łóżka.
Wsunęła się pod ciepłą kołdrę, otulając ciało miękkim materiałem. Z jej oczu automatycznie zaczęły płynąć strumienie łez, których nie potrafiła i nie chciała hamować. Rodzice jutro wyjeżdżają. Myśl o najbliższych dniach napawała ją przenikliwym smutkiem i strachem. Nie wyobrażała sobie, że za kilkanaście godzin zostanie zupełnie sama w czterech, pustych ścianach. Miała spędzić ten czas z nim. Oboje cieszyli się na myśl zasypiania i budzenia się u swojego boku. Z niecierpliwością odliczała dni do końca grudnia, nie mogąc doczekać się tego momentu. Teraz była przerażona, że za chwilę poczuje się tak samotna, jak jeszcze nigdy wcześniej.
Odblokowała komórkę. Zegarek na wyświetlaczu pokazywał 23:30. Jej cała uwaga skupiła się na braku żółtej koperty, oznaczającej wiadomość. Przeszył ją ból. Nie potrafiła znieść tego, że on już się nią nie interesuje. Zaniosła się gorzkim płaczem, rzucając telefon na drugi koniec łóżka.
Długo nie mogła zasnąć przez dręczące ją myśli. Obrazy przewijające się przez głowę nie dawały jej spokoju, pogłębiając tęsknotę i żal. Wtuliła się mocno w poduszkę, wyobrażając sobie, że przytula się do ukochanego chłopaka. Cieszyła się, że istnieje coś takiego jak imaginacja, w którą można uciec, gdy jest źle.

***

- Jakby coś się działo to dzwoń. Pieniądze masz na szafce w naszej sypialni, zawsze możesz iść do cioci…
- Tak mamo, już to wszystko mówiłaś, wiem. – Oparła się o ścianę, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Nie pamiętała ile razy musiała wysłuchać monologu rodziców na temat tego, co ma lub nie ma robić w domu podczas ich nieobecności. – Nie martwcie się i bawcie się dobrze.
- Dziękujemy i wzajem…
- Tak, na pewno będę się wyśmienicie bawić. – Rzuciła ironicznie, posyłając nieprzyjemne spojrzenie. Szybko zmieniła wyraz twarzy, napotykając zbolałe miny ojca i matki. – Ciężko być szczęśliwym, zostając samemu w domu na kilka dni, ale będzie dobrze. Idźcie już, bo mieliście wyjeżdżać 10 minut temu.
Rodzice ostatni raz się jej dokładnie przyjrzeli, jakby chcąc przewidzieć jak tak naprawdę będą wyglądały dla niej najbliższe godziny. Mimo wielu kłótni, było im jej szkoda. Pożegnali się, a ona zamknęła za nimi drzwi.
- No to zostałam sama. – Westchnęła, czując ukłucie w sercu. – To będzie ciężki czas.
Skierowała się do kuchni, by zaparzyć sobie gorącą herbatę. Po kilku minutach siedziała na kanapie z filiżanką aromatycznego napoju. Wzięła koc i zaczęła szukać czegoś lekkiego w telewizji. Chciała zająć sobie czymś myśli, by zapomnieć o tym, co ją dręczyło w środku. Za oknem robiło się coraz ciemniej, a jej coraz bardziej smutno. Nie potrafiła skupić się na żadnym programie, więc odrzuciła na bok pilot i podciągnęła nogi pod brodę. Jej oczy zaszkliły się od napływających z bólu łez.
Nagle rozległo się pukanie. Podskoczyła z przerażenia na kanapie, łapiąc automatycznie za telefon. Serce zaczęło walić jej jak młotem, a ręce zaczęły się trząść. Wstała powoli i bezszelestnie ruszyła w kierunku wejścia. Aby się uspokoić, zaczęła sama sobie tłumaczyć w myślach, że to rodzice na pewno musieli po coś wrócić.
- Nie bój się, to ja. – Myślała, że się przesłyszała. Cała oblała się potem na dźwięk znajomego głosu. Poszukała kluczy w szufladzie i po kilkunastu sekundach otworzyła drzwi. On. Musiała się uszczypnąć, żeby uwierzyć, że to nie sen. Stali chwilę w progu, przyglądając się sobie nawzajem.
- Aa.. Co Ty tutaj… robisz? – Ledwo była w stanie cokolwiek z siebie wydusić z nerwów na widok chłopaka. Szybko postanowiła odrzucić zdenerwowanie i grać niezadowoloną z jego wizyty. – Co chcesz?
- Też się cieszę, że Cię widzę. – Uśmiechnął się szeroko. – Wpuścisz mnie, czy mam tak stać na dworze?
Typowe dla niego. Zawsze zakłopotanie starał się ukryć żartami i poczuciem humoru. Tak dobrze go znała. Przewróciła specjalnie oczami, żeby nie wyczuł radości, jaka się w niej obudziła i odsunęła się na bok, dając mu do zrozumienia, by wszedł. Skierowała się z powrotem na salon i usiadła pod kocem. Wszedł zaraz za nią i rzucił telefon na ławę.
- To co się stało, że przyjechałeś?
- Myślisz, że przepuściłbym wolną chatę? – Rozsiadł się wygodnie na kanapie, rzucając jej znaczące spojrzenie. Zaczął się śmiać.
- Do każdej koleżanki tak jeździsz, gdy ma pusty dom? – Odbiła piłeczkę, posyłając mu złośliwy uśmiech. Takie wymiany zdań były dla nich normalnością.
- Nie, nie do każdej, możesz czuć się wyjątkowa. – Przybliżył się do niej, chcąc ją pocałować. Jej serce znowu przyspieszyło, gdy szybko się odsunęła od jego ust.
- Yyy… – Mruknęła niezdarnie, poprawiając włosy. – Co Ty robisz?
- Nie to nie. – Udał obrażonego i przesiadł się na drugi koniec sofy. Skrzyżował ramiona i odwrócił głowę w drugą stronę.
- Zastanawiam się po prostu co Ty wyprawiasz.
Westchnął głośno, opuszczając ręce wzdłuż ciała. Żarty się skończyły. Wrócił na poprzednie miejsce i złapał ją za rękę. Widać, że z trudem próbuje coś z siebie wydusić.
- Myślisz, że mógłbym spokojnie siedzieć w domu, wiedząc, że zostałaś tu zupełnie sama? Zwariowałbym ze strachu czy wszystko u Ciebie okej.
Patrzyła na niego wielkimi oczami, nie wierząc w to, co do niej mówi. W ostatnim czasie dawał jej wyraźnie do zrozumienia, że nie jest już dla niego ważna. Była jednocześnie zaskoczona i szczęśliwa.
- Jak mógłbyś się martwić, skoro mnie nie kochasz? – Powiedziała cicho, spuszczając wzrok. ”Nie kochasz” – te słowa odbijały się echem jej w głowie i sprawiały, że pękało jej serce.
- Kto tak powiedział?
- Słucham? Ty sam gubisz się w tym, co mówisz. Przecież rozmawialiśmy kilka dni temu, ciągle sugerowałeś, że nic do mnie nie czujesz. – Uniosła się, a po jej policzkach zaczęły toczyć się krople łez. – Zostawiłeś mnie…
- Wiesz, że to nie tak… Ja… Kocham Cię. Miałem po prostu dość tych wszystkich kłótni, tego jak było źle, ale jesteś dla mnie najważniejsza. Jak się teraz nie odzywaliśmy, to uświadomiłem sobie, że nadal jestem o Ciebie zazdrosny, że się o Ciebie boję… I chcę Cię za wszystko przeprosić. Tęskniłem za Tobą. – Pocałował ją czule w usta, gładząc dłonią jej włosy. Poczuła, że odpływa. Codziennie modliła się, żeby się pogodzili i do siebie wrócili. Z każdym dniem traciła nadzieję na szczęśliwe zakończenie ich znajomości. Teraz jest najszczęśliwszą osobą na świecie. Płakała dalej, ale tym razem z radości.
- Już Cię nie zostawię. – Szepnął i mocno ją przytulił do siebie.
- Boże, kocham Cię, co wieczór czekałam w oknie jak głupia, że może przyjedziesz, sprawdzałam ciągle telefon, tak bardzo mi Ciebie brakowało, ja nie mogę bez Ciebie… – Zanosiła się szlochem, odwzajemniając uścisk.

Miłość silniejsza od śmierci

Uśmiech nagle zniknął z jej twarzy. Poprawiła słuchawki, podgłośniła muzykę, przerzuciła torbę przez ramię i szybko wstała jako pierwsza, kierując się do wyjścia. Wysiadła pośpiesznie z autobusu, zostawiając daleko w tyle ludzi. Założyła kaptur płaszcza na głowę, skutecznie ukrywając twarz pod jego cieniem. Szybkim krokiem kierowała się do domu. Wyglądała tak, jakby chciała uciec. Uciec jak najdalej przed siebie, od ludzi, od świata. Mróz przenikał ją do kości, wprawiając w drżenie jej ciało. W całej okolicy było zupełnie ciemno, w żadnym oknie nie paliło się światło, żadna latarnia nie oświetlała ulicy w miejscowości. Szła przed siebie, próbując w pamięci przywołać drogę, którą jeszcze musiała pokonać zupełnie intuicyjnie. Powoli przyzwyczajała zmęczony wzrok do otaczającego ją mroku. Drzewa uginały się niebezpiecznie pod silnym wiatrem, który sprawiał, że nawet ona z trudem szła prosto. Co chwilę jej serce na moment stawało z przerażenia, gdy kolejna brama z hukiem zmagała się z wichurą. Ze swoim samopoczuciem idealnie komponowała się w ten mroczny obrazek. Wpadła zziębnięta do mieszkania, rzucając płaszcz i torbę w kąt pokoju. Usiadła na podłodze przed kominkiem, podciągając kolana pod brodę. Zbliżyła zmarznięte dłonie do szyby i wpatrując się w jasny ogień wytarła pierwszą łzę. W końcu była w domu, była w miejscu, gdzie czuła się bezpiecznie i nie musiała nikogo przed nikim udawać. Mogła bez przeszkód wpatrywać się bezczynnie w płomienie i dać ponieść się swoim myślom. Oddała się temu tak zachłannie, że nie czuła upływającego czasu. Nagle wstała, ciche kroki rozniosły się po pustym, ciemnym mieszkaniu. Wzięła stary notes, długopis i wróciła na poprzednie miejsce, gdzie otulało ją przyjemne ciepło ognia. Zaczęła pisać. Kochała to robić, w jakiś dziwny sposób dawało jej to poczucie częściowej ulgi. Siedziała tak długo bez ruchu, oddając się w pełni zajęciu, które sobie znalazła. Gdy skończyła uśmiechnęła się lekko, wydarła kartkę i złożyła ją na kilka części. Trzymając ją w dłoni, przypatrywała się jej przez jakiś czas, po czym umieściła na niej jeszcze jego imię. Ponownie wstała, kierując się do kuchni. Stanęła na palcach przed szafką i wyjęła pudło, w którym jej mama trzymała wszystkie leki. Wzięła po kilkanaście tabletek z każdego opakowania, złapała za butelkę wódki i wróciła znów przed kominek. Zaczęła płakać, tak bardzo, jak jeszcze nigdy wcześniej nie płakała. Łzy rozmazywały jej makijaż, spływając czarnymi strużkami po twarzy. Zrobiła to. Szklana butelka dźwięcznie upadła na podłogę. W jej wzroku było widać jedynie pustkę, źrenice napełniały się mroczną szarością. Osunęła się powoli na ziemię, po jej policzku spłynęła ostatnia łza. Ścisnęła w dłoni list, który wcześniej do niego napisała i z trudem zamknęła oczy.

***

Szedł powoli przez mieszkanie, stawiając cicho kroki, jakby nie chciał kogoś obudzić. To miejsce przywoływało w nim milion wspomnień, które kołatały się teraz w jego głowie. Dotykał dłonią delikatnie ścian, szczegółowo przyglądał się każdemu kątowi w domu. Obrazy stawały wyraźnie przed jego oczami, wszędzie widział jej obecność. Gdzie nie spojrzał, tam widział jej postać. Żal zaczął coraz mocniej ściskać go w środku. Nie wytrzymał. Rozpłakał się jak dziecko. Zaczął uderzać pięściami na oślep i krzyczeć. Nie rozumiał dlaczego to wszystko się stało. Odwrócił głowę w lewo, zwrócił uwagę na żar, tlący się w kominku. Zbliżył się, wpatrując się w ledwo palący się ogień. Ukucnął, czując jak ciepło owiewa jego twarz. Zamknął oczy, zmagając się z kolejną falą przeszywającego bólu. Nagle wyjął z kieszeni złożoną kartkę. Obracał ją bezmyślnie w palcach, usiłując przewidzieć co znajduje się w środku. Powoli rozprostował list, ocierając łzy, które ponownie napłynęły mu do oczu na widok jej charakteru pisma. Wzrok szybko błądził, składając kolejne słowa w zdania. Na koniec mocno ścisnął list w dłoni, podniósł głowę i wyszeptał: ”Przepraszam za to, że Cię zostawiłem. Nie chciałem Cię skrzywdzić. Ja Ciebie też kocham, skarbie…”.

***

Panował przenikliwy chłód. Czarny kruk przerwał przytłaczającą ciszę, donośnie łopocząc skrzydłami. Przecinając niebo, przysiadł na starym, spróchniałym krzyżu nieopodal grupy ludzi. Oszroniałe rośliny falowały pod siłą podmuchów zimnego wiatru. Słońce schowało się gdzieś za ciężkie chmury, sunące powoli nad głowami zebranych. Wszystkich otaczała gęsta, biała mgła, kontrastująca z szarością aury. Wśród nich stała ona. W lekkiej, białej sukience wyróżniała się z pośród czarnego tłumu. Zdawała się nie przejmować niską temperaturą i dokuczliwym wiatrem, plątającym jej jasne włosy. Mimo tylu ludzi dookoła sprawiała wrażenie odizolowanej. Szarymi, zamglonymi oczami wpatrywała się martwo w jeden punkt. Stała nieruchomo nad kilkumetrowym dołem, nie mogąc oderwać pustego wzroku od trumny, leżącej pod nią. Z twarzy nie dało się odczytać niewątpliwie dręczących ją w głębi emocji. Z rękoma bezwładnie opuszczonymi wzdłuż ciała, próbowała złożyć w całość kilkanaście liter, umieszczonych na trumiennej tabliczce. Nagle poczuła się jakby ktoś uderzył ją czymś ciężkim w głowę. Zachwiała się i upadła na twardą, zmarzniętą ziemię. Uświadomiła sobie, że pochyla się nad własnym, martwym ciałem, które za chwilę zostanie na zawsze przykryte warstwą ziemi. Odwróciła się. Zobaczyła wszystkie kochane twarze. Rodzice, rodzina, przyjaciele. Każdy z zapuchniętymi oczami od płaczu, każdy ściskający chusteczkę w zziębniętej dłoni. Zerwała się, zaczęła wrzeszczeć, po jej twarzy popłynęły łzy. Nie docierało do niej to, co się dzieje, nie potrafiła zrozumieć dlaczego jest tu i musi patrzeć na to wszystko. Chciała po prostu odejść, nic więcej. Tak bardzo pragnęła uciec od tego świata, od wszystkich problemów i cierpień. Podbiegła do mamy, chciała się do niej przytulić jak mała dziewczynka, poczuć jej ciepło. Tymczasem nie mogła nawet jej dotknąć. Stała twarzą twarz tuż przed nią, bezradnie zaciskając dłonie. Była zmuszona patrzeć na ból, wymalowany na jej ustach i nie mogła nic zrobić. Bezsilnie próbowała przebić się przez barierę dwóch światów, krzyk, wrzask i lament sprawiały tylko, że była coraz bardziej roztrzęsiona. Była tak blisko najbliższych osób, a jednocześnie tak bardzo daleko. Wpatrywała się w zimne oczy ojca, w których nie odnalazła już dawnych iskierek radości. Wszystko było zupełnie inne, osoby, które tak dobrze znała stały się kimś zupełnie obcym. Mimowolnie jej wzrok zaczął wodzić za najbardziej utęsknioną twarzą. Zaczęła przepychać się przez tłum, mając nadzieję, że znajdzie w nim przyczynę zaistniałej sytuacji. Na samym końcu dostrzegła wreszcie cel swoich poszukiwań. On. Wyczerpany, wyraźnie chudszy, zapłakany, ze wzrokiem spuszczonym w ziemię. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, wspominając jego dotyk i ukochany głos. Zapragnęła strasznie być teraz przy nim, zarzucić mu ręce na szyję i mocno wtulić się w jego ciało. Tak wiele chciała mu powiedzieć, wiele wytłumaczyć. Ale było już za późno. Nie widzi jej, nie słyszy. Nie zdaje sobie sprawy, że stoi tuż obok niego i ze smutkiem w oczach, wpatruje się w jego postać. Poczuła nagły ból w klatce piersiowej, nie potrafiła znieść tego dłużej. Odwróciła się i zaczęła biec na oślep przed siebie.

***

Środek zimnej nocy. Blady księżyc powoli wędrował po szarym niebie. Jego tarcza odbijała się smutno w jej oczach. Wybiegła zdyszana zza zakrętu, próbując złapać oddech. Zapłakana uciekała jak najdalej poprzez ponure ulice miejscowości. Znała je wszystkie tak dobrze, że mogłaby biec nimi z zamkniętymi oczami. Wszędzie panowała idealna cisza, nie zakłócana przez nikogo ani przez nic. Była zupełnie sama. Kiedyś taka chwila przyprawiałaby ją o strach i dreszcze, ale nie teraz. W tej chwili pragnęła jedynie znaleźć się jak najdalej tych wszystkich miejsc, które przepełnione były niezliczoną ilością wspomnień. Zmęczona usiadła na krawężniku, nie zważając na możliwość ubrudzenia ślicznej, białej sukienki. Czuła się fatalnie, serce bolało ją z żalu i tęsknoty za najbliższymi. W tej chwili uświadomiła sobie, że popełniła wielki błąd. Myliła się, sądząc, że śmieć wyleczy ją z dręczących problemów i uwolni od cierpień. Obecnie odczuwa wszystko dwa razy mocniej, ból przeszywa jej martwe ciało z o wiele większą siłą niż kiedyś. Męczą ją wyrzuty sumienia, że nie wzięła pod uwagę jak bardzo jej decyzję przeżyją najbliżsi. Oczami wyobraźni ciągle widzi łzy matki, cierpienie na twarzy ojca. I on. On, będący wrakiem człowieka. Z racji uczucia, jakie do niego żywiła w sobie, to właśnie jego było jej najbardziej żal. Popełniając samobójstwo była pewna, że nic dla niego nie znaczy, że nic już do niej nie czuje. Stojąc na cmentarzu wśród tłumu dotarło do niej ilu rzeczy nie zauważała. Wpatrując się w ból wypisany na jego wyczerpanej twarzy doszło do niej, że nigdy nie wybaczy sobie tego, jak bardzo go zraniła. Pragnęła bardzo go przeprosić za to co zrobiła i chociaż raz pocałować. Nagle poczuła chłodny dotyk na swoim ramieniu. Spojrzała w bok i nie wierzyła w to co widzi. Miotały nią skrajne emocje, od euforii przez szok i rozpacz. Tuż obok niej usiadł właśnie on. Spojrzał jej głęboko w oczy, złapał za rękę i uśmiechając się lekko wyszeptał: ”Musiałem to zrobić, za bardzo Cię kocham. Teraz będziemy razem już na zawsze”.

Zakochana na zabój

Kolejny wieczór z rzędu wyjrzała za okno. Rodzinne strony ogarniał mrok, przykrywając się delikatną kołdrą z białej mgły. Na niebie pięknie prezentowały się tańczące kolory, będące ostatnim pożegnaniem zachodzącego słońca. Westchnęła głośno, puszczając trzymaną w dłoni firankę. W słuchawkach rozbrzmiewała jej ulubiona piosenka. Jak zwykle nic się nie działo i jak zawsze wszędzie panowała nieopisana cisza.
- Co u licha? – Wymamrotała pod nosem, kierując wzrok w okno sąsiadów. Czyżby jednak ktoś postanowił zakłócić długoletnią tradycję, momentami nudnego spokoju? Jej uwagę przyciągnęła szamotanina mająca miejsce w domu obok. Zmrużyła oczy, próbując obserwować wydarzenia w pokoju, od którego dzieliła ją niewielka odległość. Cicho odłożyła na parapecie MP4, wytężając również słuch. Za szybą poruszały się gwałtownie dwie postacie, sprawiając wrażenie zaciętej kłótni. Nie była w stanie usłyszeć o co mogła toczyć się afera, jedyne co potrafiła to odnotować fakt, że jest to kobieta z mężczyzną i poszło im o coś poważnego. Zamyśliła się, przenosząc mimowolnie wzrok na ciemne niebo. Z transu wyrwał ją nagle donośny krzyk, który z pewnością mógł postawić całą ulicę na równe nogi. Za szybą sąsiadów dostrzegła skuloną, drobną dziewczynę schyloną i trzymającą dłoń na policzku. Trzęsła się i powoli osuwała na podłogę, chowając twarz za burzą roztrzepanych włosów.
- On ją uderzył! – Wyrwało się mimowolnie z jej ust. Odwróciła się szybko tyłem do okna, przyciskając ręce do ust. Może tylko jej się wydawało? Przecież ten facet nie mógł uderzyć w przypływie złości tą Bogu ducha winną kobietę. W gruncie rzeczy niczego nie mogła być pewna. Dom obok niej sprzedany był niedawno, tyle samo czasu miała też nowych sąsiadów. Nic o nich nie wiedziała. Nie dlatego, że nie chciała. Ci ludzie skutecznie odcięli się od świata, nie chcąc zawiązywać nowych znajomości. Od samego początku zachowywali się dziwnie. Czemu nie miałaby tam panować przemoc?

***

Ocknęła się nagle, odrywając głowę od chłodnej szyby autobusu. Gdzie jest, czy przegapiła już swój przystanek? Powroty do domu ze szkoły strasznie ją usypiały i stanowczo za często traciła świadomość, odpływając w nierealny świat swoich myśli. Ostatnio bez przerwy rozmyślała o sytuacji sprzed kilku dni, gdy była świadkiem cierpienia dziewczyny mieszkającej okno w okno obok niej. Wstała z siedzenia, rozglądając się w poszukiwaniu znajomych szczegółów krajobrazu. Wolno kręcące się skrzydła wiatraków, kontrastujących swoją bielą z mrokiem panującym dookoła.
- Idealnie! – Szepnęła sama do siebie, uśmiechając się na fakt, że w doskonałym momencie udało jej się powrócić do rzeczywistości. Zaraz wysiada i wręcz pobiegnie przez chłodny wieczór wprost do ciepłego domu. Na samą myśl spędzenia reszty dnia pod kocem z kubkiem herbaty nie potrafiła powstrzymać się od radości, malującej się na jej twarzy. Stary autobus głośno zatrzymał się na wyczekiwanym przystanku, że bez problemu cała wieś mogła usłyszeć, że ich dzieci wróciły po całym dniu spędzonym w szkole w mieście. Zeskoczyła energicznie ze schodków, zostawiając znajomych w tyle i szybkim krokiem ruszyła w znajomą, ciemną uliczkę. Nienawidziła tej drogi, ale był to najkrótszy sposób dostania się do domu. Mocno wysilając wzrok w otaczającej ją ciemności, szła pewnie przed siebie, przywołując w pamięci obraz świeżej, parującej herbaty. Nie był to jednak dobry sposób, by ostatecznie odciągnąć jej uwagę od głuchej ciszy i pustki, wywołującej u niej dreszcze i panikę.
- Cholera, mogliby wreszcie zainwestować w latarnie uliczne… – Mruknęła, naciągając na głowę kaptur czarnego płaszcza. Swoim ubiorem doskonale wtapiała się w otoczenie i nie zdziwiłaby się, gdyby ktoś na nią przez przypadek wpadł.
Skręciła w ostatnią uliczkę dzielącą ją od upragnionego miękkiego koca i gorącego napoju, poprawiając szalik, owinięty wokół szyi. Nagle usłyszała za sobą donośny szelest, ale gdy gwałtownie się odwróciła było już za późno na jakąkolwiek reakcję. Zobaczyła za sobą wysokiego, postawnego mężczyznę, który najwyraźniej musiał ją od dłuższego czasu śledzić. Jego twarz ukryta była pod cieniem kaptura, a w jego dłoni w świetle księżyca niebezpiecznie błyszczało się ostrze noża. Nie zdążyła wydobyć z siebie nawet krzyku przerażenia, bo napastnik złapał ją mocno, odwrócił tyłem do siebie i zakrył usta wolną ręką.
- No i co maleńka? Ładnie to tak podglądać nowych sąsiadów? – Wymruczał wprost do jej ucha. Jego głos był szorstki, ale jednocześnie bardzo męski. Jego intonacja wzbudzała przenikliwy strach. Nie wiedziała co się dzieje, spodziewała się najgorszego. Zaczęła w myślach żarliwie się modlić. Cała dygotała ze stresu, miała wrażenie, że słabnie i zaraz straci przytomność. Nagle mężczyzna osłabił uścisk i postawił ją twarzą do swojej. Nieoczekiwanie zsunął z ciemnych włosów kaptur, a ona mogła przyjrzeć się jego przystojnej twarzy z co najmniej dwudniowym zarostem. Miał w sobie coś, co sprawiała, że z jednej strony miałaby ochotę go pocałować, a z drugiej napawał ją ogromnym lękiem.
- O proszę, jaka śliczna. Mam nadzieję aniołku, że już więcej nie będziesz przyglądać się moim kłótniom z siostrą. Zrozumiałaś? – Złapał jej twarz w swoje dłonie i delikatnie pokiwał nią na znak odpowiedzi ‚tak’. Popatrzył się jej głęboko w oczy, założył z powrotem kaptur na głowę i zniknął w ciemności tak szybko jak się pojawił.
Stała w miejscu przez dobre 10 minut, nie mogąc wykonać z przerażenia nawet najmniejszego ruchu. Na zziębniętą ziemię wolno zsunęła się z jej ramienia torba z książkami, ale zdawała się tego nie zauważyć. Z jej otwartych ust wydobywał się biały obłok pary, przecinający zimne powietrze. Jej serce biło tak głośno, że zapewne słyszała je cała okolica. Tępo wpatrywała się przed siebie, usiłując poukładać w głowie to, co przed chwilą miało miejsce. Co się właściwie stało? Dlaczego nieznajomy mężczyzna ją zaatakował? Czy można nazwać to atakiem, skoro nic jej nie zrobił? Dlaczego miał przy sobie nóż i czemu go nie użył? Wyglądał jakby miał zamiar zrobić jej krzywdę, a gdy odwrócił ją do siebie z powrotem wyraz jego twarzy się zmienił. Jakby… złagodniał? Nie nie nie, nie wierzyła w to co miała w tej chwili w głowie. Otrząsnęła się, złapała za torbę i pobiegła do domu, nadal nie wierząc w to, co miało miejsce.

***

Siedziała zwinięta w kłębek niczym kot pod ulubionym kocem. Ściskała w rękach z przejęciem książkę, wdychając zapach papieru. W gruncie rzeczy patrzyła tylko na ciąg liter, układający się w zdania, nie mogąc tak na prawdę na niczym się skupić. Zamknęła z hukiem lekturę i odłożyła obok siebie na kanapie. Zdecydowanie za dużo myślała o tamtym wieczorze. Tylko, że jak wyrzucić z pamięci wydarzenie, które przyprawiło ją prawie o zawał serca? A może tylko tak sobie tłumaczyła fakt, że tak bardzo roztrząsa tę sprawę? Myślała, że stresem zatuszuje swoje roztargnienie?
- Szlag, dlaczego on musi być tak cholernie przystojny? – Westchnęła, unosząc bezradnie ręce ku górze.
Z rozmyślań wytrąciło ją delikatne pukanie w szybę. Jak to? Pomyślała, odwracając głowę w kierunku okna. Na moment cale jej ciało zamarło. Miała wrażenie, że nawet krew przestała pulsować w jej żyłach. Jej wielkie z przerażenia oczy wpatrywały się w postać znanego jej już mężczyzny. Momentalnie zrobiło jej się okropnie gorąco, a w głowie zaczęło roić się multum pytań. Nagle zdecydowanie wstała i pewnym ruchem otworzyła okno na oścież. Opierając się o ścianę i trzymając jedną ręką szybę, jakby tworząc barykadę przed możliwością wejścia przez niego do środka, spojrzała prosto w oczy nieznajomemu.
- Nie wpuścisz mnie, słońce? – Uśmiechnął się do niej szeroko, wyciągając ku niej rękę.
- Jak Ty do diabła tutaj wszedłeś?! – Odtrąciła jego dłoń, opierając teraz obie ręce na biodrach. – Co Ty sobie w ogóle wyobrażasz?! O ile mi wiadomo mieszkam na piętrze, nie wspiąłeś się tutaj przecież po rynnie…
- Skarbie, nie bądź taka gwałtowna. O ile mi wiadomo moja graciarnia idealnie sąsiaduje ze ścianą Twojego przytulnego domu. – Mówił, jakby się z nią drocząc. – To nie takie trudne postawić drabinę i wejść tutaj po dachu.
- Co nie zmienia faktu, że nadal nie rozumiem co tutaj robisz! – Wyrzuciła prosto w jego irytująco spokojną twarz.
- O ile mi wiadomo nie tak traktuje się gości. Może wpuścisz mnie do środka? – Przysunął się niebezpiecznie do niej, znowu posyłając jej idealny uśmiech.
Pod wpływem jego niewytłumaczalnego uroku odsunęła się na bok w zapraszający sposób. Nie rozumiała dlaczego to robi i czy dobrze postępuje. Przecież ten sam facet kilka dni temu zaatakował ją i prawie groził, mając przy sobie nóż. Nie może być pewna czy nie zrobi jej teraz krzywdy. Może przyszedł dokończyć to, czego nie zrobił tamtego wieczoru?
- Śliczna dziewczyna to i śliczne mieszkanie. Mogę usiąść? – Zapytał jakby retorycznie, bo w między czasie rozsiadł się wygodnie w rogu kanapy.
Coś w nim sprawiało, że przyciągał jak magnez, a jednocześnie wzbudzał silny lęk. Mimo wszystko usiadła obok niego, pytająco zaglądając w jego ciemne oczy. Był tak bezczelny w swoim zachowaniu, że aż pociągający.
- Dowiem się czego chcesz? – Zapytała szorstkim tonem.
- Jak masz na imię? – Zdawał się ignorować postawione przez nią pytanie.
- Roksana. Odpowiesz teraz na moje pytanie?
- Roksana. Piękne imię. – Rzucił mimowolnie. – Czego chcę? Jestem tu nowy, nie przyszło Ci do głowy, że chcę nawiązać kontakty sąsiedzkie?
- Wchodząc oknem? – Skrzyżowała ironicznie ręce na klatce piersiowej. Wybuchnął szczerym śmiechem, odrzucając głowę do tyłu.
- Ładna i na dodatek zabawna. Czego chcieć więcej? – Złapał ją za rękę, a ich spojrzenia spotkały się. – Musisz być niesamowitą dziewczyną.
- A Ty niesamowitym draniem, skoro bijesz własną, bezbronną siostrę i atakujesz nastolatki w nocy na ulicy z nożem w ręku. – Zabrała szybko dłoń z jego ręki. Nagle się nerwowo poderwał i zaczął chodzić szybko po pokoju. W końcu podszedł do niej i złapał ją mocno za twarz. – Nie masz prawa mnie oceniać. Nic o mnie nie wiesz. – Wysyczał zdenerwowany w jej przestraszone oczy.
- Wiem wystarczająco dużo, by w tej chwili Cię wyprosić z mojego domu. – Napluła prosto w jego twarz. Puścił ją i wytarł ślinę w rękaw skórzanej kurtki. Wyglądał na zszokowanego jej zachowaniem. Jakaś nastolatka będzie mu pokazywała, że się go nie boi? Wyciągnął z tylnej kieszeni spodni pistolet i przystawił jej do skroni. – Nadal jesteś taka odważna? – Warknął jej prosto do ucha. – Mam nadzieję, że jesteś mądrą dziewczynką i więcej się to nie powtórzy. Szkoda takiej ładnej buźki.
Nagle ją pocałował w usta, puścił ją i szybko wyskoczył przez nadal otwarte okno.

***

- Max, nie ruszaj się! – Poinstruowała swojego ukochanego owczarka, przypinając mu szybkim ruchem smycz do obroży. – Nie obchodzi mnie Twoje zdanie, idziemy na spacer i już!
Złapała za płaszcz, wiszący przy ogromnym lustrze i wyprowadziła pupila na zewnątrz. Energicznym krokiem przemierzyła podwórko, uśmiechając się do słońca delikatnie muskającego jej twarz ciepłymi promieniami. Stara furtka głośno zaskrzypiała, przerywając monotonną ciszę tego miejsca.
- Hej, Roksana! Usłyszała nagle swoje imię. Na dźwięk znajomego głosu jej ciało przeszył dreszcz. Odwróciła się niepewnie za siebie, ściskając w dłoni smycz.
- Czego chcesz? – Usiłowała być niemiła, jednak jej ton wcale nie przypominał niechęci do przybysza.
- Znowu nieuprzejma. Mama na pewno nie byłaby dumna z takiego traktowania nowych sąsiadów. – Zbliżył się do niej, obdarowując ją istne hollywoodzkim uśmiechem. – Co słychać?
- Szłam właśnie z Maxem na przechadzkę… – Zaczęła powoli, ze stresu wbijając wzrok w czarny asfalt.
- Chętnie wybiorę się z Wami. – Stwierdził łagodnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
- Słucham? – Palnęła osłupiała, ale mężczyzna zdawał się nie przejmować jej zdziwieniem i lękiem, wypisanym na twarzy. Podszedł bliżej, podając dziewczynie swoje ramię. Nie wiedząc czemu wzbudził jej zaufanie, więc uśmiechnęła się do niego nieśmiało i złapała go pod rękę. Przerażało ją to, co przy nim czuła. Bała go tak bardzo, a jednocześnie miała dziwne poczucie, że nic jej przy nim nie grozi. Kłębiło się w niej milion sprzeczności, których obawiała się prawie tak bardzo jak jego. Nagle ocknęła się z własnego zamyślenia, wracając gwałtownie do rzeczywistości.
- Nawet nie wiem jak masz na imię. – Rzuciła z wyczuwalnym zakłopotaniem w głosie.
- Możemy to bardzo szybko nadrobić. Mam na imię Michał. – Powiedział lekko, wpatrując się w psa idącego przed nimi. Nagle zatrzymał się i odwrócił ją powoli do siebie. Spojrzała mu się nieśmiało w oczy, a jej całe ciało przeszedł prąd.
- Przecież my się w ogóle nie znamy… – Zaczęła ostrożnie, spuszczając wzrok w ziemię.
- W czym to przeszkadza? – Złapał ją za podbródek i delikatnie podniósł jej głowę do góry. – Zakochałem się w Tobie. – Pochylił się nad nią i czule ją pocałował.
Stała teraz przed nim tak oszołomiona, jak nigdy. Jej oczy były jeszcze większe niż zwykle i wydawały się bardziej błękitne, niż na co dzień. Nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała. Ogarnęło ją jednocześnie przerażenie i wielka, niewytłumaczalna radość. Chwila. Do tej pory wmawiała sobie, że wszystko związane z tym mężczyzną jest niewytłumaczalne i sprzeczne z logiką. Teraz już doskonale zdawała sobie sprawę, dlaczego tak bardzo cieszy się z jego słów i ma ochotę rzucić się mu na szyję.
- Ja Ciebie też kocham… – Wyszeptała. Czy to nie szaleństwo? Dwójka ludzi twierdzi, że się w sobie zakochała nic o sobie nie wiedząc. Widzieli się tyle razy, że można by zliczyć na palcach u jednej ręki. Czy takie uczucie w tej sytuacji jest w ogóle możliwe?
Złapał ją w pasie i mocno przytulił do siebie. Zamknęła oczy i upajała się ogarniającym ją szczęściem i miłością. Nigdy w życiu nie czuła się tak dobrze jak teraz. Miała wrażenie, że mimo zamkniętych powiek kolory tańczą w zasięgu jej wzroku tak pięknie, że aż westchnęła z zachwytu. Z transu niespodziewanie wytrąciło ją szczekanie Maxa, leżącego tuż obok ich nóg. Podniosła głowę i zobaczyła szybko nadjeżdżające w ich stronę czarne auto. Nawet nie zdążyła zareagować, ponieważ mężczyzna natychmiast odepchnął ją z całej siły do tyłu. Zdezorientowana straciła równowagę i przewróciła się na porośnięte trawą pobocze. Gdy wstała i otrzepała ukurzone ubranie, zorientowała się, że jej towarzysz nieoczekiwanie gdzieś przepadł. Nie rozumiejąc co się stało, zaczęła się rozglądać dookoła, łapiąc w dłoń smycz Maxa.
- Świetnie… – Mruknęła pod nosem. – Co z tym facetem jest nie tak, piesku? Dlaczego za każdym razem znika tak szybko, jak się pojawia?

***

Siedziała sama w domu, jak zawsze owinięta turkusowym kocem w towarzystwie kubka ulubionej herbaty. Wszędzie panowała cisza, zakłócana jedynie monotonną pracą laptopa, którego trzymała na kolanach. Usłyszała delikatne pukanie w okno swojego pokoju. Dźwięk nie przyprawił ją o zawał serca jak ostatnio. Można powiedzieć, że właściwie tylko na to czekała. Doskonale wiedziała co jest źródłem hałasu, którego na marginesie nie potrafiła określić takim mianem. Była to dla niej najpiękniejsza melodia, jaka mogła w tej chwili ją spotkać. Z radością zerwała się do szyby, by wpuścić utęsknionego gościa. Z szerokim uśmiechem otworzyła okno, z trudem powstrzymując się od wyściskania mężczyzny, który za nim stał.
- Cześć! – Zawołała z przejęciem, odsuwając się na bok, by robić miejsce ukochanemu. Od razu zwróciła uwagę na jego wyraz twarzy, który wyraźnie mówił, że coś jest nie tak. – Czemu jesteś taki przygnębiony? Stało się coś?
- Mała, musimy porozmawiać… – Mruknął pod nosem, wchodząc do środka. To najwyraźniej nie było zapowiedzią niczego miłego. Siłą wyobraźni widziała już całą serię problemów, z którymi zapewne przyjdzie jej się zmierzyć. Jej radość z powodu długo oczekiwanej wizyty nagle gdzieś odeszła w niepamięć.
- O co chodzi? – Rzuciła, odwracając się do niego tyłem, by zamknąć okno. Cieszyła się, że chociaż przez parę sekund nie musi patrzeć w jego ciemne oczy, które były tak głębokie, że mogłaby się w nich utopić. Intuicja podpowiadała jej, że ich dzisiejsze spotkanie nie wróży nic dobrego.
- Nie zapytasz dlaczego ostatnio tak szybko zniknąłem? – Zaczął niepewnie, siadając na kanapie. Dało się wyczuć, że nie wie jak ubrać w słowa to, co chce powiedzieć.
- Więc dlaczego? – Oparła się plecami o parapet, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Rzuciła mu wymowne spojrzenie, próbując robić wrażenie upartej. Niepotrzebnie. W niedbale związanych włosach, za dużej szarej bluzie i leginsach wyglądała tak bezbronnie i wręcz uroczo, że jakiekolwiek próby bycia stanowczą wywołałyby uśmiech na twarzy.
- Uciekłem. – Spuścił wzrok na miękki dywan, kontrastujący z jego ciężkimi, czarnymi butami.
- Jak to uciekłeś? Przed kim? Może przede mną? – Zaatakowała go, podnosząc się na równe nogi. – O co tak właściwie chodzi? Powiesz mi wreszcie dlaczego za każdym razem, gdy Cię spotykam to nagle rozpływasz się w powietrzu? I dlaczego znikasz akurat wtedy, gdy śmiesz twierdzić, że mnie kochasz? Ja nic o Tobie nie wiem! Kim Ty w ogóle jesteś?
Jej grad pytań zdawał się go nie zaskakiwać. Westchnął głośno, jakby wypuszczając z siebie wszystkie negatywne emocje i nagle opadł na kanapę, trzymając ręce na głowie.
- To zbyt trudne. – Wyrzucił z siebie z ogromnym trudem, jakby te trzy słowa kosztowały go wiele sił. – Obawiam się, że nie rozumiesz.
- Możesz przestać bawić się ze mną w kotka i myszkę i wreszcie powiedzieć mi o co tak właściwie chodzi? – Zacisnęła z gniewem usta, niewiele rozumiejąc z jego zachowania.
Znowu głośno wypuścił z płuc powietrze. Pewnie normalnie już dawno wyciągnąłby z kieszeni papierosa i próbował podjąć próbę zniwelowania stresu. Ale nie przy niej. Przy dziewczynie się nie pali, na pewno nie przy takiej, którą się darzy uczuciem.
- Pamiętasz to auto, czarne BMW? Gdy staliśmy na środku ulicy jechało prosto na nas. Gdyby tylko mógł to już dawno z nerwów wbiłby palce w obicie kanapy, na której właśnie leżał. – Nie odepchnąłem Cię tylko dlatego, żebyś zeszła mu z drogi, bo pędziło jak szalone. To byli… Mam spore problemy. Pożyczyłem od paru typów sporo gotówki. Wyszło tak, że nie mam z czego im oddać, więc mnie teraz szukają. Musieli dowiedzieć się, że się tutaj przeprowadziłem.
- Chcesz mi powiedzieć, że wziąłeś kasę od jakiś podejrzanych gości? – Wzniosła ręce z rezygnacją do góry, okazując swoja dezaprobatę. – To by tłumaczyło Twoją nerwowość i fakt posiadana broni. To ile tego było? Czym się zajmujesz, że nie starcza Ci na spłatę długów?
- To jest kolejna rzecz, o której muszę Ci powiedzieć. Ja… Ja należę do mafii samochodowej… – Podniósł się niepewnie, by zobaczyć jej reakcję. – Zajmujemy się przemytem aut z zagranicy, kradniemy części. Trzymam u siebie wiele z nich, często bawię się w mechanika i biorę na warsztat samochody po znajomości.
Z jej twarzy trudno było wyczytać jedno, królujące uczucie. Jej szok mieszał się z gniewem i niedowierzaniem. Nie wiedziała co ma w tej sytuacji zrobić i powiedzieć. Odpowiedziała mu jedynie głuchą ciszą, zwiększającą napięcie panujące w pokoju.
- Kochanie, jestem zwykłym kryminalistą. Podniósł się, kierując się ociężale w jej stronę. – Zrozumiem jeśli nie będziesz chciała mnie więcej widzieć. Oszukiwałem Cię.
- Wyjdź. – Patrzyła martwo przed siebie, jakby przebywając w innym świecie.
- Ale…
- Wyjdź! – Krzyknęła i rzuciła się ze złością na niego, wymachując na oślep rękoma. – Wyjdź, rozumiesz?! Masz zniknąć z mojego życia!
Po jej rumianych policzkach zaczęły jedna po drugiej toczyć się wielkie łzy. Złapał ją, unieruchamiając w swoim silnym uścisku mocnych ramion. Pocałował ją czule w głowę, a ona przestała się jakkolwiek bronić. Wtuliła się w jego szeroką klatkę piersiową, zanosząc się od płaczu.
- Kocham Cię. Pamiętaj o tym. – Wyszeptał do jej ucha, wypuszczając ją z objęć.
Zostawił ją. Znowu. Zupełnie samą i bezbronną w swoim bólu i cierpieniu. Stała po środku pokoju tak samotna, jak nigdy wcześniej w życiu, gdy on zbiegł po schodach i trzasnął drzwiami.

***

Wskazówki zegara delikatnie się przesunęły, wybijając kolejną godzinę. Ostrożnie otworzyła drzwi, próbując jak najciszej wsunąć klucz do zamka. Wszystko wskazywało na to, że uda się jej niepostrzeżenie wejść do domu. Odetchnęła z ulgą, siadając nieporadnie na podłodze i powoli zdejmując buty.
- O której to się wraca? – Podniosła głowę w stronę dobiegającego głosu z wyczuwalną nutą gniewu. Na ścianie opierała się wyraźnie zirytowana matka, ubrana w różowy szlafrok. – Gdzie znowu się włóczyłaś?
Nie wiedziała co odpowiedzieć. Spuściła z pokorą głowę, wbijając tępo wzrok w podłogę. Świat nadal niebezpiecznie tańczył przed jej błyszczącymi od wypitego alkoholu oczami. Zamknęła ciężkie powieki, czekając na atak ze strony stojącej przed nią kobiety. Od dwóch tygodni co noc wykradała się z pokoju, by razem z ukochanym jeździć do miasta i chodzić po klubach. Odbijało się to wyraźnie na jej frekwencji i wynikach w szkole, o co ciągle toczyły się awantury w domu.
- Spójrz się na mnie. Jak Ty w ogóle wyglądasz… – Mama ostro zmierzyła dziewczynę wzrokiem, opierając lewą rękę na biodrze. Na jej twarzy wypisana była trwoga i bezsilność wobec ekscesów swojego jedynego dziecka.
- Przepraszam… – Wymamrotała niewyraźnie i chwiejnie podniosła się do góry, podpierając się o szafkę. Dawno z jej ust nie padało to słowo, które wyraźnie sprawiało jej trudność i nieopisany ból, a jednocześnie wydawało się być nic nie znaczącym kłamstwem.
Starsza kobieta popatrzyła jeszcze chwilę z dezaprobatą na córkę, po czym głośno westchnęła i zniknęła w mroku mieszkania. Najwyraźniej nie miała już siły, by robić nastolatce wyrzuty w środku nocy. Niewątpliwie awantura nastąpi z samego rana, co dziewczyna przeczuwała już w kościach. Podniosła niepewnie głowę, wpatrując się w głąb ciemności, gdzie przed chwilą stała matka. Jej źrenice poszerzały się, chłonąc czerń otoczenia, a splątane włosy spłynęły kaskadą na plecy. Zrzuciła płaszcz z ramion, jakby pozbywając się największego ciężaru i położyła małą torebkę na szafce. Jej uwagę przykuło wielkie lustro, a właściwie postać, która była w nim uwięziona. Spoglądała na nią zupełnie obca dziewczyna z rozmazanym, ciemnym makijażem i smutnymi oczami. Zbliżyła się do niej i wyciągnęła rękę, chcąc dotknąć jej policzka. Zupełnie nie poznawała osoby, która stała naprzeciw niej. Jej dłoń napotkała się z chłodną, gładką powierzchnią, jakby barierą między dwoma, równoległymi światami. Stała tak przez dłuższą chwilę, analizując każdy szczegół w wyglądzie tamtej, jakby miała jej nigdy więcej nie zobaczyć. Odwróciła się i wkroczyła w mrok mieszkania, odzwierciedlający to, co się w niej obecnie działo.

***

- Gdzie Ty u licha jesteś? – Mruknął pod nosem, wciskając zmarznięte ręce do kieszeni płaszcza. Zbliżała się północ, a on niecierpliwie kręcił się po śniegu, wypuszczając z ust białe obłoki pary wodnej.
- Wreszcie, ile można czekać. – Rzucił radośnie, słysząc za sobą skrzypienie białego puchu. Wszędzie poznałby odgłos jej delikatnych kroków. Zaniepokojony brakiem odpowiedzi odwrócił się szybko za siebie, omal nie wywracając się na śliskim asfalcie.
Napotkał bezlitośnie wbite w niego zimne, stalowe spojrzenie dziwnie obcych oczu. Jej widok napawał silnym lękiem i mroził krew w żyłach. Była zupełnie inna. Jej blada, przezroczysta skóra kontrastowała z intensywnością jej zaciśniętych z nienawiścią ust. Jasne, rozwiane włosy falowały w powietrzu razem z płatkami śniegu.
W zaczerwienionej od temperatury dłoni mocno ściskała niebezpiecznie połyskujący, czarny pistolet.
Jego pistolet.
Podniosła powoli broń do skroni, zaglądając ostatni raz w jego ciemne oczy.
- Kocham Cię… – Poruszyła głucho ustami, zamykając ciężko sine powieki.
Huk wystrzału przebił się przez pogrążoną w nocnej ciszy okolicę.

***

Siedział skulony na krześle w starej altance na dworze, jakby nie zwracając uwagi na mijający czas i przenikliwy mróz. Tępo wpatrywał się przed siebie, obserwując wolno spadające lekkie płatki śniegu. Dochodziła dziesiąta, a on od kilku godzin nie ruszył się nawet o milimetr, zapominając o całym świecie.